Choć Lublin okazjonalnie bywał stolicą Polski, to wydarzenia polityczne dużego kalibru na ogół go omijały. Jedyny znaczący wyjątek historia uczyniła dla podpisania w naszym mieście aktu unii polsko-litewskiej. Na placu, gdzie wedle tradycji obozowała litewska szlachta, już w XVI w. stanął pomnik Unii Lubelskiej, a sam plac nazwano później Litewskim. Król Zygmunt August – prawdopodobny fundator obelisku – z pewnością chciał dobrze i nawet nie przypuszczał, że stwarza precedens, który zakończy się polityczną wojną na monumenty.
![]() |
| Pomnik Unii Lubelskiej (wer. 2.0) na przełomie XIX i XX w. (fot. Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN) |
Długo zresztą tej wojny nic nie zapowiadało, ponieważ na jej kolejny akt przyszło Lublinowi czekać do 1716 r. – do konfederacji tarnogrodzkiej pragnącej pozbyć się z Polski Augusta II. Właśnie w naszym mieście miały miejsce rokowania, podczas których Lublin przypominał pole bitwy pozycyjnej – rejon Zamku był w rękach konfederatów, Stare Miasto stanowiło strefę zdemilitaryzowaną, z kolei Krakowskie Przedmieście opanowało wojsko królewskie. Największa z barykad przecinała ulicę, zapewniając żołnierzom doskonały widok (a także ostrzał) właśnie na plac Litewski. Czyżby już wówczas stawało się jasne, że kto rządzi placem, rządzi miastem? Nie, raczej nie, choć potem wszystko nabrało tempa i wyrazu.
![]() |
| Fragm. planu sytuacyjnego przygotowanego na potrzeby rokowań w 1716 r. przez C. d’Örkena. Od lewej: wewnętrzne fortyfikacje miejskie, teren obecnego placu i barykada wojsk królewskich (L). U góry: pałac Lubomirskich – w czasach Maciejewskiego Komenda Wojewódzka PP. (reprodukcja ze zbiorów własnych) |
![]() |
| Dla porównania współczesna ortomapa (z witryny UM Lublin, link nieaktywny). Tylko proszę nie mieć pretensji do d’Örkena za jego kłopoty ze skalą. Musiał na szybko przygotować plan sytuacyjny, a poza tym nie dysponował nawet balonem. |
Początek XIX w. był dla Lublina okresem wielkiego planowania i wytyczania ulic. To wtedy powstały m.in. Nowa i Lubartowska, wtedy też otrzymał swój ostateczny kształt plac Litewski. Nie nazywał się jednak Litewski, no bo i przestał istnieć powód, aby z Litwą miał cokolwiek wspólnego. Reorganizacja przestrzeni jest to bowiem dobry pretekst, żeby się pozbyć balastu niewygodnej przeszłości – któż tego nie zna choćby z przeprowadzek, gdy nadarza się niepowtarzalna okazja, aby stłuc przypadkiem obrzydliwy wazonik od cioci albo gdzieś zapodziać kompromitujące zdjęcie. Na podobny pomysł wpadł Józef Domański, prezes Komisji Województwa Lubelskiego i wierny poddany cara. Gdy przyszło pozbyć się z placu grożących katastrofą zabudowań zakonu bonifratrów, Domański musiał powiedzieć coś w tym stylu:
– A gdyby tak przypadkiem, panie majster, zawadzić o tę tam kolumienkę?
– Się zawadzi – skinął głową budowlaniec, bo wiedział dobrze, że zamówienia publiczne to źródło, które może wyschnąć.
Tak powstał przestronny plac Musztry, z jeszcze większym zadęciem zwany też Polem Marsowym, na którym podczas modnych wówczas parad wojsko przekonywało cywili, że jest karne i sprawne i że powstania nie są najlepszym pomysłem. Jednak nawet najlepiej urządzona parada nie może się równać z budowlą, która choć nieruchoma, trwa i kłuje w oczy przez okrągłą dobę, nie tylko godzinę czy dwie. Dlatego w latach 1874-76 w miejscu obecnej fontanny stanął prawosławny sobór pw. Podwyższenia Krzyża. Z tą wysoką, widoczną z daleka świątynią postawiony na nowo obelisk Unii Lubelskiej (w 1826 r. z inicjatywy S. Staszica, do którego car Aleksander I czuł wyraźną słabość) nie miał żadnych szans i obserwator pomnikowej wojny na placu dobrze rozumiał, jak maleńka była Rzeczpospolita Obojga Narodów w porównaniu z władzą imperatora Wszechrusi.
![]() |
| Zdjęcie z II piętra hotelu Victorja zrobione na pocz. XX w. Jak na zamówienie widać dokładnie to, co wyżej napisałem: schowany wśród drzew obelisk ku czci Rzeczpospolitej Obojga Narodów ginie na tle soboru. (pocztówka ze zbiorów własnych) |
Nadeszły jednak pierwsze lata XX w. Wbrew pozorom polscy bojowcy nie byli w wojnie pomnikowej bez szans, musieli tylko znaleźć metody na miarę swoich możliwości. I tak oto 23 marca 1908 r. w stronę przechodzącego alejką wśród krzewów komisarza policji Eugeniusza Sachsa pada siedem strzałów z rewolwerów. Ten osuwa się na bruk, przechodnie przerażeni odwetem ze strony żandarmów uciekają na wszystkie strony, a wraz z nimi znika trzech nieznanych sprawców. Mimo że całe wydarzenie rozegrało się między strzeżoną siedzibą gubernatora a stałym posterunkiem policyjnym na skrzyżowaniu Krakowskiego Przedmieścia i Czechowskiej (dziś 3 Maja), nikogo nie zdołano ująć.
Choć te siedem strzałów nie zrobiło ani jednej rysy na fasadzie soboru, w niezauważalny sposób musiało naruszyć jego fundamenty, bowiem carska budowla nie przetrwała długo. Rozebrana jako symbol ucisku w pierwszej połowie lat 20. dostarczyła budulca do postawienia Domu Żołnierza. Sprawiedliwości stało się zadość, jednak na placu powstała polityczna luka, której nie mógł wypełnić niepozorny pomnik Konstytucji 3 Maja ustawiony w 1916 r. Dlatego lata 30. upłynęły pod znakiem projektów wybudowania kolejnego dużego pomnika – rzecz jasna ku czci marszałka Piłsudskiego. W 1937 r. powstał nawet projekt, jednak dalsze prace przerwał wybuch wojny.
Co odróżniało niemieckiego okupanta od poprzedniego i późniejszego, całkowicie zignorował toczącą się przecież od wieków wojnę o budowlaną dominację nad placem Litewskim. Zmienił jedynie nazwę na Adolf-Hitler-Platz, a okupant przeszedł do innych, bardziej upiornych w swej praktyczności metod działania Pod Zegarem i na Majdanku. Ale gdy nadszedł rok 1944, nikt nie mógł mieć wątpliwości, że Związek Radziecki jest godnym spadkobiercą pompatycznej myśli carskich urzędników, ponieważ już w niecały miesiąc po wkroczeniu do Lublina Armii Czerwonej zamiast cerkwi stanął Pomnik Braterstwa Broni Narodów Słowiańskich – graniasta kolumna z trzema metalowymi sztandarami.
![]() |
| Pomnik Braterstwa Broni Narodów Słowiańskich. (fot. www.rilian.republika.pl) |
Dlaczego tylko z trzema? A może dlaczego aż z trzema? Zapewne podobne pytania zadawali sobie towarzysze polscy i sowieccy, ponieważ po raz pierwszy od rozpoczęcia wojny o plac zwycięzca bitwy dokonał samokrytyki, a w efekcie autokorekty. Rok później pomnik został zastąpiony przez inny – Wdzięczności Armii Radzieckiej. Ten pamięta wielu lublinian. „Dlaczego żołnierz radziecki wyciąga rękę w stronę poczty głównej? Żeby ukraść zegar” – ten dowcip krążył po mieście jeszcze za bardzo czerstwego PRL-u. W PRL-u schyłkowym wraz z kolegami też dołożyłem się do zgryw ze znienawidzonego pomnika, kiedy odkryliśmy, że jednemu z sołdatów na płycie bocznej da się włożyć do ust papierosa. Ale najzabawniejsze wydarzenie – zabawne oczywiście z perspektywy czasu – miało miejsce latem 1981 r., kiedy to odwiedził Lublin Lech Wałęsa.
![]() |
| Pomnik Wdzięczności. (pocztówka ze zbiorów własnych) |
Niech jednak ta historyjka na chwilę zawiśnie w powietrzu, bo żeby się z niej w pełni pośmiać, trzeba zrozumieć, że rok 1981 był w wojnie pomnikowej prawdziwym punktem zwrotnym – może nie zaraz jakimś Cudem nad Bystrzycą, ale lokalnym Łukiem Kurskim na pewno. Główną rolę odegrał w niej wspomniany już niepozorny pomnik Konstytucji 3 Maja – właściwie nawet nie żaden pomnik, po prostu kamień z napisami na niskim postumencie. Ponieważ nie wyróżniał się za bardzo, długo żadnym partyjnym sekretarzom nie przeszkadzał. Dopiero w 1963 r. przypomniano sobie, że jedną ze skutecznych metod wojny pomnikowej może być chowanie tych mniej słusznych za krzakami (patrz: sobór i obelisk Unii). Komunistyczni naśladowcy carskich planistów pobili na głowę mistrzów. Wyszło tanio, bo wystarczyło przesunąć pomnik ledwie parę metrów, by nie tylko zginął wśród krzaków, ale nawet zyskał sąsiada w postaci publicznego szaletu. Tyle że w zamierzeniu miał to być policzek, a wyszedł symbol zgnębionej wolności. Nieprzypadkowo od 1980 r. ów skromny głaz grał główną w walce z komuną, zwłaszcza że 3 V 1981 został przywrócony na poprzednie miejsce, powiększony o dodatkowy postument i posadzono na nim o orła (w koronie!). Właśnie pod tym pomnikiem latem 1981 Lech Wałęsa miał złożyć kwiaty, wracamy więc do naszej historii.
Traf chciał, że w nocy przed przyjazdem przewodniczącego ktoś oblał farbą Pomnik Wdzięczności. Białą farbą – i żołnierz radziecki wyglądał, jakby narobił na niego gigantyczny gołąb. Działacze z Zarządu Regionu „Solidarności” osobiście czyścili pomnik – przekonani, że ów akt wandalizmu był prowokacją SB. Z kolei funkcjonariusze przyglądali się temu jeszcze bardziej zdezorientowani, ponieważ żadnej prowokacji nie było. Jak wyszło na jaw sporo później, „Sowieta” zdewastowało kilku młodych ludzi w najzupełniej samodzielnym, samorządnym i spontanicznym odruchu niepodległościowym.
Wraz z rokiem 1990 Pomnik Wdzięczności szczęśliwie zniknął z krajobrazu Lublina, a 10 lat później w jego miejscu pojawił się Piłsudski. Odtąd każdego 11 listopada ma przy nim miejsce kulminacyjny punkt obchodów rocznicy odzyskanie niepodległości. Przez resztę roku – ze względu na przyjazny kształt lądowiska – cieszą się nim głównie gołębie.
![]() |
| Marszałek Piłsudski i jego wierne lubelskie gołębie. (Fot. LOIT) |







Witam Cię Marcinie w Twoim pamiętniczku :). Warto jeszcze przy tym ostatnim pomniku wspomnieć, że marszałek przez pewien czas był “foliowany”, czyli stał niby tymczasowo na folii. A swoją drogą, to dziwne są takie główne place – zamiast pełnienia funkcji reprezentacyjnej poprzez ładną organizację przestrzeni, mamy właśnie walkę na pomniki, bo trudno to nazwać “galerią na świeżym powietrzu”.
komentarz - autor: Kamil — piątek, 28.03.2008 @ 8:12 |
Witaj, Kamilu! Cieszę się, że natrafiłeś na moje sieciowe lubelskie rozważania – będę miał okazję podyskutować z fachowcem :) Przyznam, że etap foliowania Piłsudskiego jakoś mi umknął, tak że bardzo dziękuję za przypomnienie.
Masz rację z tym brakiem myślenia o samej przestrzeni – polityczne traktowanie placu Litewskiego to przekleństwo tego miejsca, a przecież nie wyliczyłem w tekście wszystkich znajdujących się tam monumentów, poprzestając tylko na tych istotniejszych z punktu widzenia “wojny pomnikowej”! W efekcie, mimo że jest to niewątpliwie sympatyczne miejsce, mnie osobiście kojarzy się nazbyt cmentarnie, pomniki są tam poupychane stanowczo za ciasno i za blisko – niczym nagrobki. Plac sprawia przez to wrażenie mniejszego niż w rzeczywistości. Najładniejszym placem, jaki widziałem, jest Plac Hiszpański w Madrycie – mimo że o wiele większy od Litewskiego, znajdują się tam raptem dwa monumenty + jedna fontanna (no chyba że coś przeoczyłem). Ciekawe dlaczego ta rozrzutność miejsca nikomu nie przeszkadza :)
Ale z drugiej strony plac Litewski coś w sobie ma właśnie przez tę inność. Podobnie jak cały Lublin – lubimy to miasto przecież nie dlatego, że jest najładniejsze (bo nie jest), ale inne, pełne ukrytych smaczków. W miarę jak czas pozwoli, będę się starał o tych smaczkach jeszcze coś napisać.
komentarz - autor: Marcin Wroński — piątek, 28.03.2008 @ 13:28 |
[...] I ciekawostka – po Krakowskim trolejbusy nie jeżdzą już od dawna, ale właśnie do placu dociągnięte są cały czas druty trakcji, zbiegające się na narożnym słupie. Ot, taka pamiątka.
komentarz - autor: Kamil — piątek, 28.03.2008 @ 20:45 |
Nie, nie, Kamilu, wszystko doszło szczęśliwie. Dlatego pozwoliłem sobie “ocenzurować” pierwszy z Twoich wieczornych komentarzy, bo potem napisałeś to samo jeszcze raz.
Pełna zgoda, “Baobab” jest arcyważnym elementem i teraz widzę lukę w moim myśleniu o “wojnie pomnikowej” na pl. Litewskim. W pogodni za udowadnianiem tez historycznych zupełnie pominąłem odwieczną wojnę natury i kultury ;) Dziejącą się przecież w tym samym miejscu! Podczas gdy w głębi placu najpierw Rzeczpospolita walczyła symbolicznie z caratem, potem wolna Polska z komuną, a dziś gołębie z Piłsudskim, pod tą ponad 100-letnią czarną topolą nieodmiennie zobaczysz a to chłopaka z kwiatami, a to dziewczynę co chwilę zerkającą na zegarek czy na wyświetlacz telefonu. I pozwól, Kamilu, że w tym momencie urwę wątek “Baobabu”, bo zaczyna mi z tego wychodzić coś więcej niż komentarz. Ale obiecuję wrócić do naszego drzewa już wkrótce. Dziękuję za impuls do przemyśleń :)
Co zaś dotyczy powiększenia deptaka, to na pewno byłoby to z zyskiem dla wyglądu placu. Przy dzisiejszym ruchu ulicznym nie ma innego wyjścia dla uczynienia centrum miasta przyjaznym dla ludzi – to też jasne. Niemniej te zamknięte, piesze ulice stają się nieco sztuczne – urbo-cepelia po prostu. Zaczynają żyć sztucznym życiem ograniczonym do knajp i bankomatów. No ale coś za coś, przynajmniej można stanąć i przyjrzeć się spokojnie kamienicom, a nie tylko tłoczyć się na wąskim chodniku :)
komentarz - autor: Marcin Wroński — piątek, 28.03.2008 @ 22:16 |
Jeszcze kilka przemyśleń. Pisałem przed chwilą, ale coś zdechło w sieci.
Na placu jest jeszcze ciekawy element, a mianowicie ogródek meteorologiczny :). Jeśli ktoś się zastanawia, co on robi w takim miejscu, to wyjaśniam, że w wieży budynku politologii jest obserwatorium meteo UMCS (radzę podnieść głowę, będąc na Radziwiłłowskiej).
Sam plac często pojawia się w planach rewaloryzacji/rewitalizacji centrum, a nawet jest głównym ich przedmiotem. Ponad dekadę temu komuś zabrakło trochę odwagi i deptak “urwał się” na Kapucyńskiej, a mógłby sięgać do 3 Maja (są i teraz takie plany) i wtedy Litewski zyskałby nowy wymiar – dodatkową przestrzeń pieszą między “Baobabem” (jakże ważny element!) a fasadą poczty. Chyba odciążyłoby to plac, zmniejszając liczbę pomników na metr kwadratowy ;).
komentarz - autor: Kamil — piątek, 28.03.2008 @ 21:22 |
A’propos soboru na Placu Litewskim – w “Podróży po Polsce” Alfreda Döblina opisującej Polskę tuż po odzyskaniu niepodległości okiem Niemca żydowskiego pochodzenia jest ciekawy fragment o jej zburzeniu.
Zresztą cała ta książka jest warta przeczytania – niesamowity jest choćby fragment o wizycie autora w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Ech, te czasy sprzed dojścia austriackiego kaprala do władzy…
komentarz - autor: mariankulig — środa, 9.04.2008 @ 10:29 |
Nie znam, niestety, całej książki, ale rozdział o Lublinie czytałem w przedruku. “A za kolumną wielki budynek w rozbiórce; w górze stoją mężczyźni z kilofami; żałosne rumowisko. To była rosyjska, grekokatolicja katedra, burzą ją tak samo, jak tamtą w Warszawie. (…) W Warszawie mogłem to jeszcze zaakceptować, to była stolica. Ale po co to planowe demolowanie kościołów? (…) Co się proponuje w zamian? Głupotę, nienawiść i bezsens. Aż się trzęsę z obrzydzenia” – pisze Döblin. A w jednej z lubelskich historycznych oficjałek z l. 80. czytamy: “Zburzenie prawosławnego soboru miało znaczenie bardziej doniosłe, niż pozbycie się z centrum miasta budowli będącej symbolem carskiego ucisku. Plac Litewski odzyskał przez to dawną przestrzeń. Dzięki stylowej oprawie z trzech stron, utrzymanej mimo zróżnicowania w jednolitej skali, otwarty czwartą stroną do głównej ulicy, (…) stał się jednym z najpiękniejszych placów w Polsce” ;-)
Po całość reportaży Döblina na pewno jeszcze sięgnę, dziękuję, że mi Pan o nim przypomniał. Ostrość spojrzenia niezwykła. Uchwycił doskonale charakter Lublina, który zresztą niewiele zmienił się do dziś.
komentarz - autor: Marcin Wroński — środa, 9.04.2008 @ 11:36 |
[...] Litewskim, ale nie samą polityką place żyją. Kamil Nieścioruk zwrócił mi uwagę w swoim komentarzu na jeszcze jeden ważny, symboliczny element placu – najstarsze rosnące na nim drzewo, czyli [...]
Pingback - autor: Pod Baobabem « Marcin Wroński: niedziennik autora — piątek, 11.04.2008 @ 13:05 |