Kiedy zaczynałem pisać pierwszego „Komisarza Maciejewskiego”, wydrukowałem dwa pierwsze rozdziały i poprosiłem znajomych o opinię. Kilka dni później na spotkaniu przy wódce mój przyjaciel zrobił dziwną minę. Trunek kiepski? Durnoty wysmarowałem? Nie, nie to. Przełknął, co tam miał w kieliszku, i zapytał, co się stało, że w tej książce ściąga mnie na lewo.
Odkąd się znamy, ma poglądy zdecydowanie liberalne, ja też – odkąd się znamy. A jednak nieprzypadkowo zrobiłem sympatyczną postać z poety i dziennikarza, który dał się omamić komunizmowi, ponieważ i mnie kiedyś dotknęła niczym jakaś wstydliwa choroba fascynacja lewactwem. Sam nie wiem, skąd się wzięła, ale wciąż mam po niej ślady w rozumie jak po jakiejś ospie. Na przykład Federico García Lorca zainteresował mnie kiedyś nie dlatego, że był wspaniałym poetą, ale dlatego, że zamordowali go frankiści. Przyswoiłem sobie parę słów po hiszpańsku nie po to, żeby zostać torreadorem, ale by zrozumieć, o czym jest „Viva la FAI” i „No pasaran”. Wciąż nieco lepiej znam repertuar pieśni z 1905 roku niż z 1918. Na co nudniejszych zajęciach na mojej katolickiej uczelni czytywałem pod ławką Majakowskiego (zwłaszcza gdy odkryłem, jakie piorunujące wrażenie robi to na koleżankach). Co prawda wszelki romantyzm rewolucyjny dawno mi przeszedł, niestety zmiany w organizmie pozostały, bo
lewactwo jest chorobą, podobnie zresztą jak prawactwo.
Spotkaliście kiedyś kogoś o skrajnych poglądach, kto – zanim dał w mordę – umiał spokojnie i rzeczowo wytłumaczyć, dlaczego nienawidzi właśnie Żydów albo tak strasznie nie lubi kapitalizmu? Z równym powodzeniem można pytać alergika, co mu właściwie zawiniły nieszczęsne pyłki brzozy. A druga sprawa – jak w przypadku każdej choroby, również czerwoną zarazę da się przeanalizować statystycznie, wskazując wiek zapadalności, grupy ryzyka, długość trwania infekcji i szanse wyzdrowienia.
Pierwowzorem mojego powieściowego poety-komunisty był mój krajan Józef Łobodowski – dziś postać mało znana, choć w latach 30. należał do czołówki młodych pisarzy, a potem był jednym z mocniejszych filarów polskiej emigracji. Komuch na emigracji? Ano właśnie…
Zakażenie
Łobodowski studiował na tym samym katolickim uniwersytecie co ja, mieszkał w tym samym mieście – wówczas endeckim do imentu. Tu zetknął się z gettami ławkowymi na uczelni i opluwaniem przez prawackich pismaków ludzi zasłużonych dla polskiej niepodległości, którzy mieli jednak pecha urodzić się Żydami. Niezgoda na taką rzeczywistość okazała się czynnikiem zaburzającym układ odpornościowy młodego (wiek zapadalności) Łobodowskiego. A ponieważ lewicowe poglądy były w modzie – tak jak w latach 80. noszenie irokeza i symboli anarchistycznych – osłabiony organizm (grupa ryzyka) padł ofiarą infekcji. Ktoś o bardziej ślamazarnej naturze, jak ja, pewnie by pokichał, poparskał i tę chorobę jakoś przechodził, ale nie on. Tak jak dżuma z nieznanych przyczyn atakowała głównie ludzi silnych i zdrowych, tak samo było z nim i komunizmem.
Galopujący przebieg infekcji
Pisał wiersze konfiskowane przez cenzurę (m.in. tomik „O czerwonej krwi” aresztowany za obrazę religii i moralności) i redagował komunistyczne pisma („Barykady”, „Dźwigary”, „Trybuna”). Jeśli spotkał po nocy któregoś ze szczególnie nielubianych kolegów-korporantów, zabierał mu czapkę i wrzucał ją na latarnię. Nic więc dziwnego, że bywał częstym gościem w Wydziale Śledczym i w areszcie na lubelskim zamku, a swoje studia prawnicze na KUL-u zakończył na pierwszym roku. Również talenty pedagogiczne zupaków w Szkole Podchorążych w Równem nie na wiele się zdały. Łobodowski pisze i wysyła znajomym wiersze z woja, które zupełnie nie przypominają „Pierwszej Brygady”. I też niejedną noc, zamiast na kompanii, spędza za kratkami.
Przesilenie
Około 1935 roku w biografii Łobodowskiego jest coś niejasnego, jakaś biała plama. Niby wydaje jeszcze „Dźwigary”, ale nawet w tej komunistycznej bibule zaczyna zmieniać ton – nie odżegnuje się od lewactwa, jednak Związek Sowiecki przestaje budzić jego entuzjazm. Czyżby zastosowano eksperymentalną kurację, którą w obawie przed konkurencją należało zatrzymać w tajemnicy? Sam Łobodowski wiele lat później w fabularyzowanej autobiografii „Dzieje Józefa Zakrzewskiego” pisze o nielegalnym przedostaniu się przez granicę polsko-sowiecką i obserwowaniu na własne oczy skutków stalinowskiego ludobójstwa – klęski głosu na Ukrainie spowodowanej przymusową kolektywizacją i „dekretem o pięciu kłosach” (5 kłosów zabranych z kołchozowego pola = 10 lat łagru lub czapa). Oficjalne biografie mówią z kolei oględnie o oddalaniu się poety od dawnych towarzyszy, zbliżeniu z awangardą i literacką śmietanką stolicy. Mniej życzliwi dodają, że nie bez przyczyny w tym właśnie okresie uhonorowano go nagrodą Polskiej Akademii Literatury. Jednak Łobodowski, choć już nie czerwony, pozostaje opozycjonistą i nieraz daje wyraz swojej niezgody wobec coraz bardziej nacjonalistycznej polityki rządu.
Całkowite wyleczenie
Podczas wojny Łobodowski wraz ze swoim oddziałem trafia najpierw na Węgry do obozu dla internowanych. Stamtąd ucieka do Francji, a z niej (po przygodach z aresztowaniem i znowu umieszczeniem w obozie dla zdemobilizowanych żołnierzy) do Hiszpanii. Planuje przez Portugalię dostać się do Anglii, jednak zostaje aresztowany po raz kolejny. Krwawy reżim generała Franco – jakim chcieli go widzieć przedwojenni polscy komuniści – okazuje się jednak wcale nie taki krwawy. Łobodowski wkrótce zostaje zwolniony i osiada na stałe w Madrycie. Tu w 1949 roku rozpoczyna współpracę z sekcją polską Radia Madryt, tłumaczy hiszpańskich klasyków, ma swoją rubrykę w londyńskich „Wiadomościach”, jest w stałym kontakcie z „Kulturą” Giedroycia. Na emigracji to zatem znany człowiek, autorytet od spraw polsko-ukraińskich, antykomunista do bólu, natomiast w kraju nikt o nim nie słyszy – nawet jako o parszywym wrogu ludowej ojczyzny. PRL ukarał bowiem niewiernego towarzysza, oprócz zakazu druku, zakazem wymieniania jego nazwiska w jakichkolwiek publikacjach (poza niewielkimi odstępstwami). Przez ponad 40 lat oficjalnie takiego człowieka nigdy nie było, a to dla pisarza gorzej nawet, niż gdyby go ktoś codziennie wyzywał od grafomanów.
Promotor mojej magisterki opowiadał mi o swoim spotkaniu z Łobodowskim krótko przed jego śmiercią w 1988. Niespecjalnie interesowało go życie literackie w kraju, pytał tylko o Lublin. Może to był tylko sentyment starego człowieka? A może jakaś dziwaczna, chorobliwa skłonność do powracania w miejsce, gdzie zaraził się lewactwem? Jakkolwiek nieprawdopodobnie by to brzmiało, jestem skłonny uwierzyć w tę drugą hipotezę. Nie, żebym miał czelność porównywać swój blady życiorysik z przygodami Łobodowskiego, jednak i u siebie dostrzegam podobną tendencję. Mój rozum odrzuca lewactwo, a mój uciemiężony podrozum wciąż do niego wzdycha.
Dlatego na widok lewaka nie spluwam przez lewe ramię,
nie żegnam się krzyżem świętym ani nie odbezpieczam rewolweru. Podchodzę jak do nieszczęśnika, który przechodzi chorobę znaną mi z doświadczenia, tylko w ostrzejszej formie. Ale wszystko ma swoje granice, zwłaszcza gdy czyjeś lewactwo lepi się od głupoty albo ocieka cynizmem.
Kilka dni temu przeglądałem sobie jeden z moich ulubionych blogów o starożytnościach i coś mnie podkusiło, żeby skomentować artykuł. Dlaczego to zrobiłem, skoro zwykle poprzestaję na oglądaniu? Pojęcia nie mam. Po kilku godzinach zajrzałem pod ten sam tekst, aby zobaczyć, jakie były inne komentarze (nie mówcie mi tylko, że Wy tak nie robicie!). Wtedy ku swemu zaskoczeniu wyczytałem, że
ciężkie życie egipskiego proletariatu
ma wiele wspólnego z sytuacją w Tybecie. Zaintrygowany tym surrealistycznym skojarzeniem kliknąłem w link i przeniosłem się na stronę Centrum Informacji Anarchistycznej (CIA – prawda, jaki ładny skrót? anarchistyczny i w dobrym guście). Tam czekała na mnie bomba – ku swemu przerażeniu przeczytałem pseudouczony bełkot, w którym pewien lewacki amerykański pseudointelektualista udowadniał, że Tybetańczykom w sumie na jedno wyszło, bo gdyby ich nie torturowała chińska bezpieka, to bez wątpienia robiliby to samo feudalni ciemiężyciele spod sztandarów Dalajlamy.
Zapewne bym się całkiem zraził do blogów, ale po pierwsze, pod cynicznym bełkotem autora znalazłem wiele komentarzy zniesmaczonych i oburzonych tym samym artykułem anarchistów. A po drugie, jak najszybciej wszedłem na prawacką stronę Narodowego Odrodzenia Polski, gdzie poczytałem sobie wiele równie haniebnych bzdur, tylko na inne kopyto. Mówcie Państwo, co chcecie, ale nie ma to jak Web 2.0! Ile musiał przeżyć Łobodowski, żeby zabić argumentami wgryzającego mu się w mózg czerwonego pasożyta. A my wszystkie prawdy, kontrprawdy i g… prawdy mamy podane na tacy w jednym miejscu.
Witam Pana, Szanowny Panie Marianie,
Bardzo się cieszę, że zechciał Pan odwiedzić mój niedziennik. Trzymam Pana za słowo i zapraszam serdecznie do zaglądania i komentowania. Do Krakowa i na jarzębiak zawsze, zwłaszcza nieschłodzony ;-) Kolejny “Komisarz” już się pisze.
Pozdrawiam, MW
komentarz - autor: Marcin Wroński — poniedziałek, 7.04.2008 @ 13:15 |
Witam Pana, Szanowny Panie Marcinie,
Widzę, że i Pan zaczął prowadzić internetowy pamiętnik. Myślę, ze będę tu często zaglądał – zapowiada się smakowicie.
Mam nadzieję, że zawita Pan i do Krakowa – zapraszam na kieliszek jarzębiaku.:-)
Czekam z niecierpliwością na następnego “Komisarza Maciejewskiego”.
Pozdrawiam,
M.Kulig
komentarz - autor: Marian Kulig — poniedziałek, 7.04.2008 @ 12:34 |
Marcinie, no i jak ja mam Ci napisać “cze, daje Ci 3 cool komcie i narka”, skoro poruszasz takie tematy ;).
Za liberała to ja się nie uważam, choć kto to jest liberał? Wydaje mi się, że bliżej mi do konserwatysty, zwłaszcza w jakichś kategoriach społecznych. A lewactwo czy prawactwo… Coż, dla niektórych to pogardliwe określenie lewicy bądź prawicy, dla innych – raczej określenie ekstremy w danym “kierunku”. Lewactwo nie kojarzy się dobrze, ale lewicowość dla mnie to pewna społeczna
wrażliwość, tak jak prawicowość to patriotyzm i okolice. Oczywiście te osie mają swoje skrajności w nacjonalizmach i pluciach na flagę, ale, jak to na osi – gdzieś jest też zero. A ono wydaje mi się w tym przypadku niezaangażowane, że tak powiem, bez emocji i takie poprawne politycznie :). Tymczasem chyba postawy daje się łączyć, niekoniecznie uśredniając.
Jakieś farmazony? No dobra… To o czym innym.
Przyznam, że Łobodowskiego nie znałem, a rzeczywiście ciekawa ewolucja. I tak jakoś mi się skojarzyło – wojna domowa w Hiszpanii. Polecam film “Ziemia i wolność” Kena Loacha. To bardzo lubiany przeze mnie reżyser (ostatnio w kinach był “Polak potrzebny od zaraz”), choć niektórzy określają go “lewakiem”, inni “lewicowcem”. W tymże filmie świetnie widać, że właściwie obie strony konfliktu mają racje i obie jej nie mają i że wojna (a domowa w szczególności) jest bezsensowna, a idee w praktyce nie wyglądają tak ładnie. Polecam.
A właściwie to chciałem napisać, że nie dostrzegłem, że przemycasz w “Komisarzu” jakieś lewactwo ;).
komentarz - autor: Kamil — poniedziałek, 7.04.2008 @ 21:02 |
Cóż, Kamilu, wynurzenia polityczne to nie jest mój dyżurny temat, ale tak jakoś wyszło :) “Ziemię i wolność” też polecam, Loach podobnie jak Orwell (“W hołdzie Katalonii”) pokazuje to wszystko, czego Hemingway w “Pożegnaniu z bronią” wolał nie zauważać – że lewakom wcale nie potrzeba żadnych faszystów, ich poszczególne frakcje nienawidzą się nawzajem jeszcze bardziej. Łobodowski też niewątpliwie by tam pojechał, tylko przed 1936 już był prawie “zdrowy”. Natomiast dla co mądrzejszych lewaków z Zachodu była to doskonała odtrutka na komunizm, choćby dla Orwella. Nieźle pokazuje hiszpańską wojnę domową z perspektywy cywila “Lorca – śmierć poety” (reż. Juan Antonio Bardem). Ale tego filmu już tak bardzo nie polecam, bo jest śmiertelnie nudny. Oglądałem go (w dłuższej wersji telewizyjnej) tylko ze względu na Lorcę :)
Co do kwestii sympatii politycznych w “Komisarzu Maciejewskim” to masz rację, ale na podstawie wyłącznie dwóch pierwszych rozdziałów można wysnuć taki wniosek, bo relacje Maciejewskiego z Zakrzewskim zostają mocniej naświetlone dopiero później. A prawdziwy Zakrzewski, czyli Łobodowski, jeszcze 1972 r. tak wspomina ówczesnego siebie w “Balladzie lubelskiej” (prawdopodobnie cytując jakiś swój wczesny niepublikowany wiersz): “Na skroniach łąk zziajanych / Bystrzycy chłodny bandaż. / Na ratuszowej wieży rozwiany / czerwony sztandar. // Z Piasków, z Kośminka, z Bronowic / pochodem ruszymy razem. / Przeciw czarnemu ludowi / chodź, burżuazo!” ;-)
komentarz - autor: Marcin Wroński — poniedziałek, 7.04.2008 @ 23:23 |
Panie Marcinie,
Mam tylko dwa pytania:
1) KIEDY (będzie Pan w Krakowie)?
2) KIEDY (nowy Maciejewski)?
;-)
Marian Kulig
komentarz - autor: mariankulig — środa, 9.04.2008 @ 9:46 |
Cieszę się, Panie Marianie, że znów Pan zawitał z dalekiego Podgórza :) “Komisarza Maciejewskiego. Kino “Venus”" planuję oddać do redakcji z początkiem lata, czyli powinien się ukazać drukiem na jesieni. I też jesienią zamierzam przyjechać do Krakowa, najpewniej Targi Książki będą dobrym pretekstem. Są to na razie wstępne przymiarki, ale na dobrej drodze. Pozdrawiam serdecznie :)
komentarz - autor: Marcin Wroński — środa, 9.04.2008 @ 11:44 |
Jak to z rewolucjonistami bywa: podobno każdy, kto lubi czyste i wyprasowane koszule, prędzej czy później staje się reakcjonistą (przeczytałam to u Singera).
A Zakrzewski jest moją ulubioną postacią z “Komisarza Maciejewskiego” (podobno i Łobodowski również cieszył się wielkimi względami u kobiet :))
komentarz - autor: Bella — środa, 9.04.2008 @ 13:14 |
Pani Bello, to bardzo miłe, że się Pani na nim poznała :) Co do względów u kobiet też ma Pani absolutną rację. Autobiografia Łobodowskiego nie jest wprawdzie wiarygodnym źródłem, ale wspomnienia i opracowania inna sprawa. Zwłaszcza ciekawie pod tym względem wygląda okres, gdy Łobodowski był w szkole podchorążych i poznał Zuzannę Ginczankę. Ta późniejsza zjawiskowa poetka, przyjaciółka Gombrowicza i Tuwima, wówczas miała 16 lat i podejrzliwą babcię, która nie umiała słowa po polsku :) Polecam miłośniczkom i miłośnikom przedwojennych romansów dostępną także w Internecie książkę Ireny Szypowskiej “Łobodowski. Od “Atamana Łobody” do “Seniora Lobo”" (zwłaszcza s. 13 i 14) :)
komentarz - autor: Marcin Wroński — środa, 9.04.2008 @ 14:19 |
Panie Marcinie,
Tak łatwo się mnie Pan nie pozbędzie… :-)
Jak widzę, moje dwa pytania mają tę samą odpowiedź…
Co prawda do jesieni daleko a na Targach Książki duszno i tłok, ale postaram się dotrzeć na miejsce – chyba, że zawita Pan też do księgarni Matras (d. Gebethner i Wolf) na Rynku lub Empiku.
Jeśli czytelnicy, wydawcy, księgarze i portalkryminalny.pl zostawią Panu trochę wolnego czasu, to mogę służyć za przewodnika – nie tylko po Podgórzu (które urokliwe jest nad wyraz).
M.K.
komentarz - autor: mariankulig — środa, 9.04.2008 @ 15:00 |
Panie Marianie, robi mi Pan coraz większy apetyt na wyprawę do Krakowa :) Nie znam jeszcze żadnych szczegółów (marketing wydawnictwa żyje na razie wiosennymi targami warszawskimi :), ale skoro już będę w Krakowie, na pewno nie pozwolę sobie zabrać całego czasu. Już dawno chciałem poznać to piękne miasto nie tylko od strony wawelskiej, ale też od c.k. fortów. Myślę, że będzie to dobra okazja i też się mnie Pan tak łatwo nie pozbędzie ;-)
komentarz - autor: Marcin Wroński — środa, 9.04.2008 @ 15:28 |
No to jesteśmy umówieni, Panie Marcinie :-)
A wracając ad rem i Pana wpisu o lewactwie i prawactwie, to, jak to podobno powiedział Bismarck “Kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie świnią, ale kto na starość socjalistą pozostał, ten jest po prostu głupi”.
Na dobrą sprawę, prawie każdy młody człowiek w okresie “Sturm und Drang” przejawia ciągoty do skrętu w lewo. Refleksja następuje dopiero, kiedy włącza się samodzielne myślenie (często będące wynikiem samodzielnego zarabiania na życie) a wiedza o świecie zaczyna wykraczać poza podręcznikowo-telewizyjne obrazki. Dotyczy to zarówno czasów obecnych jak i historii. Oczywiście refleksja następuje u tych, którzy nie nauczyli się zastępować mózgu protezami w postaci gazet czy telewizora.
Podobnie jest z “prawactwem”. O ile np. Romana Dmowskiego możemy określić mianem prawicowca (w rozumieniu zarówno konserwatyzmu i pragmatyzmu jak i poglądów gospodarczych) to na miano prawicy na pewno nie zasługują ani ONRowcy z późnych lat 30tych ani chetnie powołujący się na Dmowskiego “pobożni socjaliści” z różnych współczesnych “narodowych denominacyj” od ZChN przez AWS po LPR.
Ludzie wielkiego formatu byli ideowcami ale byli wolni od doktrynerstwa i kierowali się wyższym dobrem – kto pamięta, że gospodarkę II RP jako członek sanacyjnego rządu ratował przed kompletną etatyzacją Andrzej Wierzbicki (narodowiec) który zatrudniał jako osobistą sekretarkę Zofię Sokołowską (zdeklarowaną komunistkę)?
Daleki jestem od zdania,że “tylko krowy nie zmieniają poglądów” ale jestem bardzo ostrożny w stosunku do dorosłych ludzi, którzy twierdzą, że zawsze uważali to samo co dzisiaj i nigdy nie zmieniali zdania na temat spraw, osób, czy idei o ile taka zmiana jest rzeczywiście wynikiem refleksji własnej a nie tego, że Kuba Wojewódzki czy inny modny błazen stwierdził, że “od dzisiaj już nie śmiejemy się z Wałka a z Kaczorów” (lub odwrotnie)…
komentarz - autor: mariankulig — środa, 16.04.2008 @ 15:36 |
I Pan, i Bismarck macie w tym względzie zupełną rację, jak sądzę. Mam nadzieję, że nie powoduje mną li tylko odruch obronny ;-) Nie chcę w żadnym razie powiedzieć – kiedyś to wszyscy byli honorowi i nawet politykę robiło się inaczej, no bo się nie robiło, niemniej o ile w czasach II RP da się znaleźć przykłady działania ponad partiami i ponad poglądami na rzecz większej sprawy, to teraz o to zdecydowanie trudniej. Czyli może jednak coś z tym honorem jest na rzeczy? Jaką walkę ze sobą samym musiał stoczyć Łobodowski, by się przyznać do pomyłki i porażki (I. Szypowska sugeruje przecież, że mógł strzelać do siebie niekoniecznie z powodu Ginczanki)…
Oczywiście nie trzeba zaraz prób samobójczych, myślę podobnie jak Pan, że istota sprawy polega na przyznaniu się do błędu, a nie udawania, że żadnego błędu nie było, lub trwania w nim dla zasady lub wygody. A przyznanie się wcale nie musi boleć, przecież Piłsudski swym okrągłym zdaniem o “wysiadce z czerwonego tramwaju” tylko dobudował cegiełkę do swojej legendy. Choć faktycznie narobił bałaganu w pojmowaniu, kto jest kim w polityce – w takim wieku XIX to przynajmniej było jasne, że jak socjalista, to bezbożnik niemoralny (oprócz Tołstoja) i wróg państwa, a jak człowiek prawicy, to klerykał i lojalista :-) Z czasem wszystkie miksy stały się dozwolone. Co ciekawe, dziś na ogół prawaka od lewaka odróżniamy wyłącznie dzięki najbardziej anachronicznej linii podziału, czyli stosunku do religii (a przynajmniej co bardziej rzucających się w oczy związanych z nią zjawisk).
Może z czasem nawet to zaniknie i będziemy mieli partie polityczne o przejrzystej budowie modułowej, choćby wg schematu: państwo-społeczeństwo-gospodarka? “- Na kogo głosujesz? – Na centro-lewo-prawicę. – Aha, a ja na lewo-prawo-centrum.” Co prawda rozeznanie się w 9 partiach zamiast 3-4 z początku będzie nieco trudniejsze, ale za to zniknie jakże dezorientujący zwyczaj ciągłej zmiany szyldów, a całą politykę będzie można łatwo wpisać w przejrzystą tabelkę. Pozdrawiam tym razem futurystycznie, życząc dobrej nocy :-)
komentarz - autor: Marcin Wroński — czwartek, 17.04.2008 @ 1:46 |
Panie Marcinie,
Jest Pan optymistą…
Ja,obserwując postępy tzw. demokracji w USA i Europie nie wierzę w jasną scenę polityczną – raczej będzie postępująca (na lewo) homogenizacja (może z kilkoma symbolicznymi różnicami miedzy partiami), gdzie partie za pieniądze podatnika będą prześcigały się w robieniu wyborcom z mózgu wody i nikt tego nawet nie będzie ukrywał…
komentarz - autor: mariankulig — poniedziałek, 21.04.2008 @ 13:30 |