Borys Szyc i Marlena Dietrich

„Borys Szyc jako Zygmunt Maciejewski” – zaproponowała w tych dniach Wirtualna Polska. Ucieszyłem się bardzo, bo jego rola w „Oficerze” była – w mojej prywatnej ocenie – najlepszą kreacją w polskim filmie kryminalnym od czasów porucznika Borewicza. Ze współczesnych tylko scenariusz pierwszego „PitBulla” dorównuje tej postaci świeżością i jakością. Ale zarazem naszły mnie wątpliwości natury ogólnej.

A właściwie nie opuszczały mnie już od dwóch lat, odkąd na spotkaniu autorskim niedługo po wydaniu „Węża Marla” (Polcon 2006) zapytano mnie, jakiego aktora widziałbym w roli tytułowej, gdyby sfilmowano tę powieść. Zrobiłem głupią minę i zostałem z nią na dobrych kilkanaście sekund. W końcu po intensywnym namyśle dopasowałem (i chyba nie najgorzej) Artura Barcisia, co przypomniał mi w swym komentarzu Kamil Nieścioruk. Ale co tu zrobić, skoro ja naprawdę nie podchodzę w ten sposób ani do książek, ani nawet do filmów – nigdy w życiu nie zdarzyło mi się bowiem pójść na film z…, wyłącznie na film w reżyserii kogoś. Więcej: poza aktorami, którzy szczególnie mi się spodobali lub przez częste powtarzanie nazwisk nauczyłem się ich na pamięć niczym tabliczki mnożenia, całej reszty zupełnie nie pamiętam. Wiem, kto to Max von Sydow, a nawet Sharon Stone, ale w którym konkretnie filmie ich widziałem, tego nie przypomnę sobie nawet pod hipnozą. Może winna jest tu tylko moja kiepska pamięć do twarzy (przyczyna wielu kłopotliwych nieporozumień – najgorsze miało miejsce w dzieciństwie, gdy wziąłem Bogu ducha winną kobietę za swoją ciotkę), choć wolę myśleć, że to przez ugruntowane poglądy na kino i teatr.

Nogi Marleny Dietrich
W „Komisarzu Maciejewskim. Kinie Venus” będzie scena, gdy komunizujący poeta Zakrzewski otwiera przegląd filmu awangardowego.

– Nas, proszę państwa, nie interesują szlochy pani Smosarskiej ani nogi Marleny Dietrich – poeta chuligańskim gestem wsadził ręce w kieszenie kurtki – ani też żadne plotki z wyższych sfer. Nie interesują nas gwiazdorzy, którymi istotę kina zatruwa burżuazyjna sztuka. My chcemy kina zaangażowanego, artystycznego bądź reżyserskiego, w każdym razie takiego, które nie jest jedynie okazją do tego, by pani Smosarska wzięła gażę, za jaką cała kamienica na przedmieściu mogłaby przeżyć godnie cały rok.

Zaczął coś gadać o warszawskiej grupie filmowców „Start”, o planach krakowskich eksperymentalistów. Kazał wstawać Kurkowi, „bo widzą państwo oto reżysera, który postawi na nogi kino polskie, dotąd ostoję jak nie żeromszczyzny, to melodramatu”. Dla Zielnego mógłby równie dobrze mówić po hebrajsku albo chińsku, tajniak i tak nic nie rozumiał. Za to panna Zosia pilnie notowała niemal każde słowo, nawet nie drażniły jej wstawki o „gnilnym kultburżujstwie” ani „patrioidiotyzmie” – choć jako dziennikarkę prawicowej gazety powinny.

I to nie jest, proszę Państwa, żaden przejaw mojej osobistej frustracji, ale fakt historyczny. Powieściowy Józef Zakrzewski, a realny Józef Łobodowski, naprawdę napisał w 1932 r. artykuł pt. „nogi marleny dietrich” (w swym piśmie „barykady” nie używał wielkich liter), w nim zaś m.in.:

w zagłębiu naftowem strejki, w łodzi tłum bezrobotnych, śląsk wbija w niebo sztywne pazury czarnych kominów idzie zima na alarm biją tysiące serc […] a do kin po staremu zapraszają nas na „gigantyczne superfilmy obrazujące tragiczne dzieje zmagań się kobiety uczciwej z występną miłością”.

Nieco wcześniej w „Trybunie” narzekał na polskie scenariusze „płasko-patriotyczne i uwodzicielskie”, na kiepską reżyserię podporządkowaną gwiazdom typu Smosarska oraz wszechwładną cenzurę w składzie „jeden pułkownik i paru literatów o ustalonej sławie grafomańskiej”. W swej naiwności posuwał się nawet do apologii kina sowieckiego, nie oddzielając przy tym dzieł istotnie bijących na głowę polską kinematografię (jak obrazy Sergiusza Eisensteina) od kiczowatych agitek. Wówczas ważne było dla niego jedynie, że film sowiecki „eliminuje wszystko co uboczne, nieistotne […] dając w wyniku konstrukcje proste, jasne i logiczne”.

A co mają z tym wszystkim wspólnego Borys Szyc i Zyga Maciejewski. Niby nic, proponuję jednak spojrzeć uważniej na

przypadek „Wiedźmina”.
Zanim ten prawie pod każdym względem nieudany film M. Brodzkiego wszedł na ekrany telewizorów (a w wersji jeszcze gorszej – na ekrany kin), w Internecie trwała już zażarta dyskusja. Co znamienne, a zarazem przerażające, nikt nie zadawał wówczas pytań o to, czy Brodzki poradzi sobie z materią opowiadań Sapkowskiego, czy będzie w stanie skonstruować opowieść, którą i budżet udźwignie, i walory artystyczne opowiadań o Wiedźminie zostaną wyeksponowane. Nikt nie pytał, czy Michał Szczerbic jako scenarzysta ma wizję wyboru, a następnie przekładu tekstu na obraz i dźwięk. Skąd, w żadnym razie! Dyskusję zdominowali Michał Żebrowski (czy nie za wymoczkowaty na Geralta?) i Grażyna Wolszczak (czy dość piękna na Yennefer?). Cóż powiedzieć – jaka dyskusja, taki film!

Mnożyć by można spiskowe przypuszczenia, czy to aby nie producent Lew Rywin skierował przedpremierowe spory na temat zastępczy. Moim zdaniem jednak Józef Łobodowski miał wiele racji – póki będziemy chodzili do kina przede wszystkim oglądać fajne/ładne panie i fajnych/ładnych panów, nie ma co liczyć na dużą dawkę dobrych obrazów.

Dobry Bóg daje wolność wyboru, podobnie dobry reżyser,
dlatego i nieraz średni film potrafi uratować doskonała kreacja aktorska. Myślę, że „Oficer” nie byłby tym, czym był, gdyby nie właśnie Borys Szyc. No bo to, że obok sercowych problemów śledczych toczy się gra korupcyjna, na pewno filmowi nie szkodzi, jednak nie jest wystarczającym warunkiem do zbudowania przekonującego mikroświata. Jeden człowiek, jedna postać – tak jak w greckiej tragedii – uczyniła z wcale nie odkrywczego scenariusza rzecz, która nie pozwala oderwać oczu od ekranu.

„PitBull” nie miał aż tak wspaniałych kreacji, lecz był uczciwy do bólu. Gdy konsultowałem z policjantami pierwszego „Komisarza Maciejewskiego”, rozmawialiśmy właśnie o tym, czy policja wygląda jak w „Oficerze”, czy jak w „PitBullu”. Wygląda jak w „PitBullu”, zgodnie z moimi podejrzeniami. I w tym momencie nawet Małgorzata Foremniak („gdzie doktor Zosi Stankiewicz ze szpitala w Leśnej Górze do konkubiny Metyla?!” – jak zapytano by pewnie na rozlicznych forach) zagrała świetnie. Aktor nie jest głupi, aktor wszystko potrafi – jeśli tylko reżyser (i producent!) rozumie, że plan filmowy to nie wybieg dla modelek.

Pytanie o dobry film
nie jest więc pytaniem o aktora adekwatnego do roli. To przede wszystkim pytanie o rolę adekwatną do pierwowzoru. A więc pytać trzeba najpierw reżysera (czy ma koncepcję całości?), scenarzystę (czy ma koncepcję przekładu tekstu na obraz i dźwięk?), a dopiero na końcu specjalistów od castingu. Oni w filmowej produkcji są „urzędnikami niższego szczebla” – jeśli mają dobre wytyczne z góry, zrobią, co należy.

Dlatego cieszyłbym się, gdyby jeden z moich ulubionych aktorów zagrał jedną z moich ulubionych postaci. Plebiscyt Wirtualnej Polski traktuję jednak wyłącznie jako sympatyczną – choć nie do końca moją – zabawę. Gdybym na serio chciał budować dom, najpierw uzgodniłbym z architektem, jaki ma mieć kształt, ile pomieszczeń i jak dużych. Kolorem ścian zająłbym się później.

Informacje o Marcin Wroński

Urodzony w 1972 r. w Lublinie, co okazało się brzemienne w skutkach. Absolwent polonistyki KUL, pisarz i redaktor. Debiutował w 1992 r. zbiorem opowiadań „Udo Pani Nocy”, wkrótce wydał też mikropowieść pijacko-przygodową „Obsesyjny motyw babiego lata” (1994). Tworzył piosenki i skecze dla kabaretu „Osoby o Nieustalonej Tożsamości”, był felietonistą i dziennikarzem radiowym, nauczycielem, pisał artykuły o reklamach dla branżowego miesięcznika „Aida-media” i przez długie lata redagował książki dla dzieci, a także pisał do nich teksty. Jest autorem m.in. cyklu lubelskich retrokryminałów o komisarzu Maciejewskim oraz współczesnego thrillera „Officium Secretum. Pies Pański”. Zobacz wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin Wroński

Odpowiedzi: 10 to “Borys Szyc i Marlena Dietrich”

  • Borys Szyc jako Zygmunt Maciejewski : Marcin Wroński

    [...] Garść rozważań na ten temat na blogu autora. [...]

  • Kamil

    Wspomniałeś o “Wiedźminie”, a mi przypomniał się film “Klątwa Doliny Węży”, określany jako największa porażka PRL-owskiego kina i marna podróbka Indiany Jonesa. Film ma niezłą obsadę, ale rzeczywiście jest spaprany (całe tony tektury, ale zawsze specjalizowaliśmy się w tekturowych potworach :). Mało kto wie, że jest to adaptacja świetnego opowiadania “Hobby doktora Travena” (przynajmniej kiedyś mnie to opowiadanie bardzo wciągnęło). Czyli klasyczny przykład na schemat dobra książka – zły film.
    A wracając do sportu – dziś początek nieprzespanych nocy… “Zygę” zainteresowałby pewnie boks, ale ten amatorski to już u nas nie to. Tylko dwu reprezentantów w Pekinie.

  • Marcin Wroński

    “Klątwa Doliny Węży” to faktycznie dobry przykład kiepskiego filmu. I masz zupełną rację, że tekturowe potwory obok kos na sztorc i pierogów ruskich są naszym symbolem narodowym :) Ale w przeciwieństwie do “Wiedźmina” ten film miał przynajmniej spójny scenariusz. Gdyby się wziął za niego choćby średniej klasy reżyser hollywoodzki, porażki by pewnie nie było. W dodatku to był film zrobiny z przyczyn politycznych (jest rok 1987 i zarówno PRL, jak i ZSRR chciały pokazać, jaka to wolność, skoro nawet “amerykańskie” filmy kręcą, i to razem!), zaś wybór opowiadania akurat Wiesława Górnickiego też nie był przypadkowy (w końcu tekściarz od przemówień W. Jaruzelskiego, więc i parę złotych na boku słusznie mu się należało, prawda?). Dlatego potrafię zrozumieć, dlaczego tamten film jest taki marny. Ale dziś?

  • mariankulig

    Brawo! Najpierw scenariusz i wizja a dopiero na końcu casting.

    Co do “Wiedźmina”, to winę za klęskę ponoszą w równym stopniu: Michał Szczerbic (autor scenariusza i reżyser w jednym) który postanowił “poprawić” Sapkowskiego, w związku z tym jedynymi dobrymi momentami filmu są te, które są żywcem wzięte z książek oraz Lew Rywin (producent), który dał mu wolną rękę. Niestety, z tej dwójki ukarano tylko Rywina…
    ;-)

    Wiedźmin był ekranizowany jak “Latarnik, czyli sex & przemoc” w genialnej, choć niszowej “Superprodukcji” Juliusza Machulskiego. Żaden film tak bezwzględnie nie obnaża mizerii polskiego kina.

    Jeśli chodzi o ekranizacje literatury, to dobrze, żeby scenariusz pisał scenarzysta a nie pisarz (vide klęska “Twierdzy Szyfrów” Wołoszańskiego). Dla mnie ideałem kompromisu między językiem kina a językiem literatury są trzy ekranizacje: “Imię róży”, “Władca pierścieni” i “Pan Tadeusz”.

    W takim właśnie stylu zekranizowanego Maciejewskiego chciałbym zobaczyć w kinie – nawet jeśli nie będzie to kino “Venus”.

  • Marcin Wroński

    A tak a propos kina “Venus” – napisałem jakiś czas temu na blogu we wpisie o Louis Brooks, że to kino wciąż istnieje. Niestety nie – teraz jest tam sklep z tanią odzieżą.

  • Maciejewski prawdziwy

    Jesli Robert De Niro nie zechce zagrac komisarza, ani Borys Szyc (bo ciagle angazowany), to zglaszam swoja osobe do tej roli. Toz to dopiero bylaby wiwisekcja! To samo nazwisko, policyjny staz, wieloletnie doswiadczenie aktorskie, udzial w filmach (ostatnio rola Prokuratora w “Czterech nocach z Anna” Jerzego Skolimowskiego; premiera w tym roku), nieopatrzona geba, dojrzaly wiek i raczej nie szpetna “przystojnosc”… Nie mowiac juz o duzo mniejszej od Mistrzow – gazy… Czyz nie jest to dobra propozycja?

  • Marcin Wroński

    Witam serdecznie! Cieszę się, że zawitałeś na bloga. Pozwolisz na małe wyjaśnienie dla innych czytających: tuż po wywiadzie w miesięczniku “Policja 997″ otrzymałem mejla pod znamiennym tytułem: “Wronski zgloscie sie – tu mowi prawdziwy komisarz Maciejewski, odbior!”. Okazało się, że prawdziwy Maciejewski nie dość, że istnieje, to jeszcze jest poetą i prowadził jedyny w świecie policyjny teatr. No i jak się teraz okazuje, to trzeci poważny kandydat do roli :)

  • Michał Stanek

    Nareszcie nowy Maciejewski! Jako wielbiciel starego Lublina i zagorzały kinoman czekam tym bardziej niecierpliwie. Jako pracujący w starociach bibliotekarz i mieszkaniec ścisłego śródmieścia czytałem o miejscach, które znam z autopsji, i o atmosferze, którą znam ze zbiorów z pracy. Było to niesamowite przeżycie. Co do filmu, to prawdę mówiąc pasowałby tylko DeNiro i Curtis Hanson (genialne “Tajemnice Los Angeles”) za kamerą, bo na polskim gruncie nie widzę odpowiednich ludzi. Powinni to też zrobić tak jak nakręcono “Iluzjonistę”, który jest pokazem kapitalnej pracy operatorskiej w stylu retro. Na pewno nie widzę tam Szyca. Zresztą prawdę mówiąc jak mieliby zepsuć, lepiej niech się nie biorą. I tak najlepszy film to taki, który leci w głowie czytelnika. Na marginesie: widział Pan “Glinę” Pasikowskiego?

    Pozdrawiam serdecznie, także p. Nieścioruka

  • Marcin Wroński

    Witam serdecznie, Panie Michale, i dziękuję za ciepłe słowa. Co do “Gliny”, to i widziałem, i nie widziałem, bo dość szybko straciłem nim zainteresowanie. A może nie miałem akurat czasu na oglądanie i nie wkręciłem się? Nie pamiętam. Zresztą zaległości filmowe zrobiły mi się spore i chyba będę musiał za jakiś czas zrobić sobie tydzień urlopu i zajrzeć do wypożyczalni :) W każdym razie “Glina” zupełnie przemknął obok mnie. Tak się niestety dzieje, że pracując z własnymi pomysłami, okresowo mocno się zasklepiam na bodźce zewnętrzne. Potem znów zaczynam je rejestrować, ale co uciekło, to uciekło. Może to jedna z przyczyn, dla których pisarze rzadko są dobrymi recenzentami? Pozdrawiam serdecznie

  • Kamil

    Z zupełnie innej beczki, ale a propos M. Dietrich. Właśnie przeczytałem, że lubelskie kino Wyzwolenie wraca do dawnej nazwy – Apollo.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.