Magia Grodziska

W zeszłą niedzielę poszedłem z żoną i trójką przyjaciół na jedno ze wzgórz, na których rodził się wczesnośredniowieczny Lublin. Zarazem na jeden z wierzchołków świętego lubelskiego trójkąta – jak widział to miejsce prof. Władysław Panas – z którego spoglądają w stronę Starego Miasta zmarli cadycy, rabini, uczeni w Piśmie i kantorzy zburzonych synagog. Miałem powód i miałem pretekst. Powód był taki, że – wstyd się przyznać – choć znam lubelski kirkut z wielu tekstów, na własne oczy nigdy go nie widziałem. A pretekst – chciałem sprawdzić, czy nie popełniłem błędów, opisując ten niezwykły cmentarz w „Komisarzu Maciejewskim. Kinie Venus”.

Zdjęcie lotnicze wzgórza Grodzisko (fot. P. Krassowski, 1964, za: Wikipedia)

Magia Grodziska
zbiła mnie jednak z nóg i z początku więcej myślałem o tym miejscu, w którym zatrzymał się czas, niż o bardziej przyziemnych sprawach. Wyobraźcie sobie bowiem Państwo ok. 2-hektarową górkę w centrum Waszego miasta, na której od wojny praktycznie nic się nie zmieniło. Z jednej strony blokowisko, z drugiej kilkupasmowa przelotowa ulica, a tam – gdyby nie nieliczne współczesne butelki w krzakach – wciąż jest, jak było. Z macewy Dawida Tewela zieje dziura po pocisku, lejów po bombach nikt nie zasypał, parę kroków od odnowionego grobu wielkiego cadyka Jakuba Icchaka Horowica zwanego Widzącym z Lublina inna, pewnie mniej święta macewa, spokojnie wrasta w drzewo niczym zupełnie naturalny, przypadkowy jakiś kawał piaskowca, a nie celowe dzieło człowieka.

Ta właśnie zachwyciła mnie najbardziej. Nie wiem, kto został tu pochowany, a jednak właśnie ten nagrobek stał się dla mnie najbardziej wyrazistym symbolem starego kirkutu – na którym wszystko, co ludzkie, płynie tak wolno, że zniecierpliwiona tym przyroda klimatu umiarkowanego zachowuje się niczym dżungla u Kiplinga.

Jedna z macew w starszej części cmentarza (fot. M. Wroński)

Chyba nie może też być przypadkiem, że z żadnego innego miejsca widok na Stare Miasto nie jest tak wyjątkowy, choć gdy tam stałem, inne wierzchołki świętego lubelskiego trójkąta naraz przestały mi się podobać. Staromiejski zrobił się turystyczno-knajpiany, a wzgórze Czwartek targowo-menelskie. Wszystkie te żywe i ruchliwe części miasta zapachniały mi współczesnym fałszem, a umarłe Grodzisko wydało się jedynym prawdomównym znakiem dawnego Lublina.

Macewa Dawida Tewela (fot. M. Wroński)

Tymczasem chasyd
po wąskich schodach zaczął się wspinać na wzgórze cmentarne. Gdy minął pochylone ze starości czterystuletnie macewy talmudystów, rabinów i kantorów, rozejrzał się uważnie, ale nikogo nie zauważył. Dozorca był zajęty po drugiej stronie kirkutu – świadczyło o tym energiczne szuranie miotły.
Brodacz już szybszym krokiem podszedł do najświętszego grobu, w którym spoczywał wielki cadyk i cudotwórca zwany Widzącym z Lublina. Chasyd pamiętał, jak ktoś opowiadał mu o nim przy wódce. Podobno facet miał taką moc, że widział wszystko, co się dzieje na świecie, jednak prosił Boga, aby mu tę moc zmniejszył, bo strasznie go to męczyło. No to Bóg wziął i osłabił mu wzrok – odtąd cadyk widział tylko na sto mil, a całą resztę niewyraźnie. Do czytania też musiał wkładać okulary.
„Mnie by wystarczyło i dziesięć mil” – pomyślał chasyd.
Nagrobek ozdabiały wizerunki lwów i dzbana – pewnie z winem. Po bokach kamieniarz dodał dwie kolumny, na których pobłyskiwały jeszcze resztki błękitnej farby. Brodacz schylił się i obok karteczek z prośbami do świętego męża pozostawionych przez pobożnych Żydów przygniótł niewielkim kamieniem swoją – tuż przy lewej kolumnie.
– Pilnuj, reb Horowic, dobrze pilnuj – zarechotał. – I nie masz co zaglądać, to nie po hebrajsku, gówno zrozumiesz.
Komediancko skłonił się kilkakrotnie przed macewą, otarł rękawem spocone czoło, po czym ruszył z powrotem.

Kartki z prośbami i modlitwami na grobie Widzącego (fot. M. Wroński)

W tej scenie z „Kina Venus”,
jak się okazało, nie popełniłem błędów. Wiedziałem już jednak z całą pewnością, że lubelski kirkut zechcę opisać jeszcze w różnych wariacjach, i to nie raz. Zwykle nie popadam w romantyzmy, nie jestem też uduchowionym filosemitą – choć sam staram się być wolny od uprzedzeń, tradycje rodzinne mam wręcz przeciwne (proszę w „Kinie Venus” zwrócić uwagę na pewnego rezolutnego chłopca, Teosia). To jednak była chwila iluminacji, w której moja prywatność i pisarska gęba oficjalna stały się czymś jednym, równie ważnym i wyrażającym jakąś prawdę o świecie.

Już zmierzając ku wyjściu, niespodziewanie napotkaliśmy niezwykły obrazek. Oto na cmentarz weszło

trzech ortodoksyjnych Żydów
z zapewne miejscowym przewodnikiem. Najpierw – jak sam zrobiłbym na ich miejscu – skierowali swe kroki ku grobowi Widzącego. Gdy jednak zaczęli się szarpać z kratą, a ta żadną miarą nie chciała puścić, najwyraźniej obrażeni na Świętego Męża poszli prosto ku macewie jego największego rywala – rabina Izraela Horowica, bardzo nieprzypadkowo zwanego Żelazną Głową. Po krótkiej modlitwie zrobili sobie na tle jego macewy pamiątkowe zdjęcie i pospiesznie obejrzawszy resztę kirkutu, wsiedli do dwóch merców z rejestracją ze… słynnego podwarszawskiego Pruszkowa.

Macewa Widzącego z Lublina (fot. M. Wroński)

Z początku to spotkanie jedynie mnie rozzłościło. Ci Żydzi byli tu niby jak najbardziej na miejscu (a na pewno bardziej niż my – piątka gojów), jednak zupełnie mi nie pasowali. Zburzyli mój niemal mistyczny nastrój – i swoją modlitwą nad macewą tego wstecznika Żelaznej Głowy (tylu tu pochowano porządnych, pobożnych Żydów, musieli iść właśnie do niego?!), i niemal japońskim stylem swej pielgrzymki, i wreszcie błyszczącymi mercami z Pruszkowa. Ale to dzięki nim szybko wróciłem do rzeczywistości. Nie jestem już mistykiem, mogę z czystym sumieniem pisać kolejny kryminał!

Informacje o Marcin Wroński

Urodzony w 1972 r. w Lublinie, co okazało się brzemienne w skutkach. Absolwent polonistyki KUL, pisarz i redaktor. Debiutował w 1992 r. zbiorem opowiadań „Udo Pani Nocy”, wkrótce wydał też mikropowieść pijacko-przygodową „Obsesyjny motyw babiego lata” (1994). Tworzył piosenki i skecze dla kabaretu „Osoby o Nieustalonej Tożsamości”, był felietonistą i dziennikarzem radiowym, nauczycielem, pisał artykuły o reklamach dla branżowego miesięcznika „Aida-media” i przez długie lata redagował książki dla dzieci, a także pisał do nich teksty. Jest autorem m.in. cyklu lubelskich retrokryminałów o komisarzu Maciejewskim oraz współczesnego thrillera „Officium Secretum. Pies Pański”. Zobacz wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin Wroński

Odpowiedzi: 4 to “Magia Grodziska”

  • Kamil Nieścioruk

    Jesteś o “jeden wstyd mniej” ode mnie, bo ja jeszcze na kirkut nie trafiłem. Zawsze wydawał mi się niedostępny, przez tę opaskę muru.
    Widzę, że promocja “Kina Venus” nabiera rozpędu. Mówię głównie o spotkaniu na Złotej za tydzień. Zgodnie z tym, co napisałeś na swojej stronie, będzie chyba mieszanka – trochę o książce, trochę o czasach. Warto przyjść? ;))

  • Marcin Wroński

    Faktycznie wejście, a przynajmniej legalne wejście na kirkut jest mocno utrudnione, bo trzeba zadzwonić do jesziwy i umówić się w sprawie klucza. Natomiast dać się da i zapewniam, że warto. A czy warto na Złotą? Hmm… Ja się jednak wybiorę ;) Jak dokładnie spotkanie będzie wyglądało, to nie wiem, bo dużo zależy od prowadzącego i jego pytań. Jednak prawie na pewno będzie to miks książkowo-historyczny, a przynajmniej tak podobno wyglądały wcześniejsze spotkania w “Pożegnaniu…”. Myślę też, że może być ciekawie, bo publiczność bywa tam bardzo zróżnicowana wiekowo. Serdecznie zapraszam :)

  • Patrycja T.-K.

    Dawno temu “opaska muru” od strony ulicy Siennej miała poważny wyłom w swoim jestestwie i przez ten wyłom nawet osoba niewygimnastykowana (od WF-u migałam się od wczesnej podstawówki) mogła swobodnie dostac się na kirkut, co tez czyniła niżej podpisana a także niestety liczne hordy meneli. Z powodu rzeczonych meneli spacery na kirkut miały posmak ryzyka i niemal wojny partyzackiej. Oczywiście było to wszystko nielegalne bo legalnie dostac się na kirkut nie sposób, zwłaszcza osobie nieśmiałej dla której wszelkie dzwonienia i pukania do nieznajomych osób są przeżyciem przykrym.
    Pisze Pan o autentyczności tego miejsca a ja chciałam się z tym zgodzic i Panu zabasowac ale też dodac do tego obrazka całą Starą Kalinę czyli wąski pasek dawnego świata zapomniany gdzieś między Aleją Tysiąclecia a Kalinowszczyzną. Te stare domki, te bruki, kociełby … Polecam uwadze zwłaszcza odcinek biegnący nad ulicą Kalinowszczyzna – wchodzi się za Dworkiem Pola ( który pasuje tam jak pięśc do nosa) w dróżkę prowadzącą pod górę równolegle do chodnika, odzdzieloną od niego krzakami – domki które tam stoja zapewne niejedno pamiętają a i myśl konstruktorska ich budowniczych bywa arcyciekawa.
    Byłam ostatnio na Białkowskiej Górze i z przykrością stwierdziłam, że wspaniała panorama Starego Miasta została oszpecona przez szyld stacji Neste.
    szkoda mi Starej Kaliny – zapewne zginie marnie w plątaninie neo-dworków, salonów samochodowych i myjni bezdotykowych.
    Musze sie jeszcze tej jesieni koniecznie tam wybrac.
    Najlepiej w niedzielę rano kiedy żulia śpi….

  • Marcin Wroński

    Pani Patrycjo, dziękuję za ten ciekawy przyczynek okoliczny! Zwłaszcza że sam nie znam aż tak dobrze zakamarków Kaliny, na to trzeba tam mieszkać, a jeszcze lepiej w tej dzielnicy się wychować. Ale ma Pani zupełną rację, że miasto żyje starymi przestrzeniami (choćby z zabytkami miały one niewiele wspólnego), w których liczy się układ, pozornie dziwaczny, niecelowy, nawet przeszkadzający w życiu, a przecież wynikający z tkanki miasta. Dlatego było mi bardzo żal Dolnej Panny Marii przeciętej niedawno szeroką ulicą, żeby samochody miały gdzie jeździć. A na Białkowską Górę, jeśli czas pozwoli, to i ja się z przyjemnością wybiorę! Serdecznie pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.