Miesiąc temu mieszkańców Lublina zelektryzowała (zelektryzowała dosłownie, bo o elektryczność chodziło) nieoczekiwana wiadomość:
Około 200 domów w os. Lipniak i tuż za granicą Lublina nie miało rano prądu po tym, jak z linią energetyczną zderzyła się sowa. Do awarii doszło przed godz. 6 rano. (…) Ludzie nie mieli prądu przez godzinę. Sowa nie przeżyła.
(„Dziennik Wschodni”, 30 września 2008)
Takie są skutki ignorowania własnej natury. Ponieważ sam pochodzę od sowy, nie od małpy i skowronka, dobrze wiem, że 6 rano to całkiem sensowna pora, aby położyć się spać, lecz żeby wstawać i prowadzić aktywne życie?… Takie próby zawsze się źle kończą.
Szczęśliwie wymyśliłem sobie zajęcie, w którym na ogół liczy się termin i efekt, nie godziny urzędowania, i przez ostatnie miesiące miałem ten komfort, że żyłem zgodnie z naturą. Wstawałem, kiedy się obudziłem, po czym pisałem, dopóki nie zasnąłem. Zegarek istniał osobno, ja istniałem osobno – mimo komputera, Internetu i komórki byłem niczym aborygen współczesności, a nie trybik cywilizacji. Jednak o ile pisanie jest pracą samotniczą, to już istnienie w świecie nie – zatem gdy nadeszła pora wydania książki, musiałem się obudzić. Okrutnie obudzić o 6 rano.
Zaczęło się niewinnie, bo po południu.
Jakby nigdy nic zadzwonił telefon.
– Gratuluję nowej książki – powiedział pan Marcin Czapski z lubelskiej TVP. – Czy zechciałby pan przyjść do nas do studia na krótki wywiad?
Niczego nie podejrzewając, zgodziłem się od razu, bo kto by nie chciał być w telewizji, prawda?
– No to zapraszam serdecznie w czwartek po 8 rano – usłyszałem.
– Po… ósmej? – przełknąłem ślinę.
– Tak, do porannej „Panoramy”.
Datę 23 października będę długo pamiętał. Poprzedniego dnia wieczorem nastawiłem wszystkie budziki, i to w przemyślny sposób – tak by wytworzyć reakcję łańcuchową: każdy kolejny miał dzwonić minutę po poprzednim. Na wszelki wypadek zawczasu przygotowałem ubranie. Kilka razy sprawdziłem, czy notes jest w torbie, a pióro przy notesie. Gdyby w nocy ze środy na czwartek wybuchł pożar, zapewne byłbym jedynym mieszkańcem bloku, który czeka na straż pożarną w marynarce i pod krawatem, a nie w jakimś żałosnym szlafroku. Pożar jednak nie wybuchł, nastąpiła tylko reakcja łańcuchowa stosownie zaprogramowanych budzików, a ja goliłem się, cynicznie nucąc: „Jak dobrze wstać skoro świt…”. Niestety to zaklinanie porannej rzeczywistości było równie skuteczne, co podchwytliwe pytanie Czerwonego Kapturka:
„Babciu, a dlaczego masz takie duże zęby?”.
Nie myślcie Państwo, że boję się studia, kamery, że mam tremę i tym podobne rzeczy. Dawno temu, kiedy zaczynałem współpracę z radiem, szef zapytał mnie nawet, czy nie jest to dla mnie problem, że będą mnie słuchać tysiące ludzi.
– Jestem za głupi, żeby sobie wyobrazić tysiące ludzi – powiedziałem wówczas i z dnia na dzień siadłem za mikrofonem.
Podobnie stało się teraz. Patrzyłem w kamerę z ciekawością małpy, śledziłem bieg kabli, podczas gdy obok mnie szły w świat poranne wiadomości. Tego dnia były rozczulająco niewinne. Uśmiechnąłem się przy newsie o dwóch starszych panach, którzy pobili się o miedzę niczym Kargul z Pawlakiem, po czym zacząłem przysypiać z otwartymi oczami.
– Zaraz wchodzimy – wyrwał mnie z transu głos rzeczywistości.
Spojrzałem na kable, których układ tak mnie zaciekawił wcześniej i nagle przestały to już być miłe dla oka strumyczki w malowniczych zakolach ciągnące ku kamerom. Ze zgrozą uświadomiłem sobie, że o ile pamiętam tytuł mojej ostatniej książki, to już podtytułu poprzedniej nie jestem taki pewien. Nazwiska drugoplanowych bohaterów zmieszały się jak zrzucone z biurka fiszki… A kable wciąż przyciągały mój wzrok jak druty energetyczne ową nieszczęsną sowę.
Nie pamiętam, co mówiłem. Formułowałem okrągłe zdania, ale chyba o niczym. Przypominało to dobrze mi znany stan, gdy rozbudzony na chwilę podnoszę głowę znad poduszki.
– Mógłbyś wyłączyć pralkę, jak się skończy wirować? – słyszę zwykle od żony, która właśnie wychodzi do pracy.
– Tak, oczywiście, wyłączę pralkę, jak się skończy wirować – odpowiadam, po czym zasypiam znowu, a pralka mruga swoją diodą przez cały dzień.
Po kolejnym okrągłym zdaniu naraz się rozbudziłem.
Nie dotyczyło ono pralki, lecz kryminałów w ogólności, a ja zacząłem akurat coś mówić o książkach Marka Krajewskiego. Bardzo je lubię, wielokrotnie o nich dyskutowałem, lecz tego poranka uzmysłowiłem sobie ze zdziwieniem, że pamiętam wszystko oprócz nazwiska głównego bohatera cyklu z Breslau.
– Eberhard… – jęknąłem.
Kable niemalże zasyczały, wygięły się, splotły, tworząc wzór groźny i niesymetryczny. I właśnie owa asymetria spowodowała zapewne kolejną tego dnia reakcję łańcuchową – freudowskich pomyłek.
– …Monk – dokończyłem, łącząc karkołomnie twardego śledczego Eberharda Mocka z serialowym detektywem Adrianem Monkiem, którego rzeczywistość codziennie doświadczała równie boleśnie, jak mnie tego ranka.
cdn.

Listopad 5th, 2008 at 15:47
[...] zamiast przysłowia „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”, sprawdza się raczej „Kto rano wstaje, temu rozumu nie staje”, co wkrótce rozwinę na blogu. [...]
Listopad 7th, 2008 at 22:54
Wiesz, że pisząc takie rzeczy, narażasz się na ataki terrorystów, zwanych popularnie pracownikami etatowymi? Teoretycznie 50% z nich to “sowy”, które muszą nastawiać budzik na jakąś absurdalną porę… Wolny zawód (choć niektórzy tam określają też rolników), to dobra sprawa, ale jestem w stanie zgodzić się na kompromis – nie będę wybrzydzał na nienormowane godziny pracy.
Listopad 7th, 2008 at 23:27
Wiem, wiem, ale to blog, a na blogu powinno być prowokująco :) Ale nie tylko o to chodzi – nie po to piszę takie rzeczy, żeby pokazać, jak to mnie dobrze, bo nie muszę rano wstawać, ale że zegar biologiczny jest bezwzględny. Pewnie nikt nie przeprowadzał takich badań, bo w końcu ludzie z nienormowanym czasem pracy to margines (choć rosnący margines), to jednak ciekawa sprawa, jak trudno z dnia na dzień wejść w inny system funkcjonowania. Byłem kiedyś nauczycielem zaczynającym dzień pracy o 8 rano i wyłączającym się (czy chciałem, czy nie chciałem) ok. 24. Teraz to się przesunęło w kierunku późniejszych godzin nocnych, natomiast nie obserwuję takiego zjawiska jak krótsza praca liczona w roboczo-/pisaniogodzinach. Wręcz przeciwnie, pracuję dłużej, bo wiem, że pracuję dla siebie. Pracuję tyle, ile mam siły – bywa, że do 12-14 godz. dziennie (czyli w warunkach etatowych to jest ze mnie stachanowiec po prostu!). Główny kłopot polega na niezgrywalności się godzin pisarskich z godzinami banku/urzędu/biblioteki/mediów. Stąd nierzadko listonosz patrzy na mnie dziwnie, gdy o godz. 11 przyjmuję przesyłkę z twarzą mocno wymiętą; ja coś wstydliwie przebąkuję o pracy po późna, a on i tak wie swoje: “ale facet zabalował!” ;)
Grudzień 11th, 2008 at 13:19
Znowu jestem w Pana niedziennku lub na niedzienniku ( nie wiem, która forma jest poprawna. Co do poprawności mógłby się wypowiedzieć profesor Miodek lub Bralczyk lub Pan.:))
Akurat badania nad zegarem biologicznym były przeprowadzone w W. Brytanii. Ludzi możemy podzielić na 2 kategorie pod względem chodzenia spać: na nocne sowy i poranne skowronki. Poranne skowronki chodzą spać z kurami i wstają skoro świt, a nocne sowy idą spać, kiedy kury i skowronki wstają :)czyli około 4 – 5 nad ranem. Ja jestem chimerą: mam coś w sobie z sowy i ze skowronka :), a Pan jest nocną sową.
Pozdrawiam, Zadziorka
Grudzień 13th, 2008 at 20:19
Ma Pani rację. Choć kiedyś myślałem, że sowa to brzmi dumnie, teraz widzę, jak to niekiedy utrudnia życie. Pozdrawiam serdecznie!
PS. Zdecydowanie “niedzienniku” :)