Marcin Wroński: niedziennik autora

niedziela, 14.12.2008

Kto rano wstaje… (2)

Zaszufladkowany do: Zdarzenia — Marcin Wroński @ 12:29
Tags: , , , , ,

Stacja Motycz, którą być może pamiętają czytelnicy „Komisarza Maciejewskiego. Morderstwa pod cenzurą”, to tak samo jak przed wojną niezadaszony peron i tablica z napisem. Z napisem „Motycz”, oczywiście. Tam właśnie bladym prześwitem, około 6 rano jakieś trzy tygodnie temu zobaczyłem pierwszy tegoroczny śnieg. A zobaczyłem dlatego, że właśnie tego dnia, kiedy uparłem się złapać ekspres Warszawa-Wiedeń przez Katowice, a potem dwa osobowe Katowice-Gliwice i Gliwice-Opole, tuż za Motyczem ktoś ukradł fragment trakcji. A ja stałem na peronie, zastanawiając się, czy wracać, czy walczyć z przeznaczeniem.

Spodziewałem się, że zaraz zacznie ze mną rozmowę

dżentelmen albo wariat.
Bo tak mam. Choć nie należę do żadnej międzynarodówki (na szczęście) i do żadnej loży masońskiej (niestety), zawsze (bo schludnie ubrany?) wypytują mnie o coś zdezorientowani Anglicy lub (bo rozbiegany wzrok?) chcą czegoś ode mnie wariaci. Z wariatami zresztą pół biedy, ale żaden to splendor, gdy – mimo że przypominam z wierzchu dżentelmena – muszę prezentować swój Zulu-English. Tak było na przykład, gdy pędziłem pospiesznym na umówione spotkanie w Warszawie, a przed Dęblinem rzucił się na tory samobójca. Nie tego dnia jednak. Tego dnia tylko konduktor zamachał do mnie z okna.

– Niech pan tak nie stoi na zimnie – powiedział zafrasowany. – Już lepiej w przedziale…

Wierzyć mi się nie chce, że w czasach studenckich, gdy czułem się co najwyżej bohaterem powieści drogi, wszystkie pociągi przywoziły mnie na miejsce o czasie, a teraz zawisło nade mną fatum. Fatum zresztą całkiem oczywiste – nie trzeba za wcześnie wstawać, nie wolno walczyć z własną naturą!

Miałem jednak zdobycz cywilizacyjną, o której w czasach studenckich ani marzyłem. Przedmiot piekielnie wówczas drogi i wielkości cegły – dziś powszechny i mniejszy od kalkulatora. Miałem komórkę! Nie chcę już opowiadać, jakich cudów logistycznych dokonałem – dość, że koniec końców wylądowałem na dworcu w Nałęczowie, licząc, że złapię tam wcześniejszy – lecz w tej sytuacji również opóźniony – pociąg do Katowic i nadrobię straty. Nie nadrobiłem.

– A, to pan! – ucieszył się konduktor.

To byłem ja. I on. I dzień, w którym wszystkie pociągi – z powodu zatoru w okolicach Motycza i jak się później dowiedziałem, strajku w Krakowie – jeździły nad wyraz swobodnie. Pamiętacie Wokulskiego, który chciał wracać do Warszawy „choćby na lokomotywie”? Ja również miałem w głowie różne ewentualności – wszak wieczorek literacki w Opolu miał się rozpocząć o 17, a ja ciągle byłem opóźniony w stosunku do planu. W EuroCity zapomniałem czapki, na kolejny pospieszny (bo osobowy to ryzyko kolejnych opóźnień) nie zdążyłem kupić biletu, tak że gdy wreszcie znalazłem się na miejscu o 16.15, sam byłem zdziwiony, że to w ludzkiej mocy. Intelektem jednak nie błyszczałem, nie zaimponowałem też kolegom pisarzom („Autor Maciejewskiego, a prawie nie pije?!”), ja jednak byłem już niczym policyjny balonik starego typu, z którego ktoś spuścił powietrze. Zasnąłem w hotelowym pokoju przy telewizorze, nie dooglądawszy do końca ostatnich nocnych wiadomości (a pogoda akurat tym razem bardzo mnie interesowała!).

Potem było coraz lepiej,

bo los jest sprawiedliwy. Wynagradza wysiłki, premiuje cierpliwych. We Wrocławiu, gdzie wiele prozaicznych okoliczności organizacyjnych sprzysięgło się przeciwko mnie (i samej organizatorce spotkania), nawet się nie skrzywiłem. Czyż skoro przedarłem się przez pół Polski, jeszcze mogło mnie coś zdziwić? Właściwie zdziwiła mnie jedna rzecz – dworzec autobusowy we Wrocławiu.

Czy chadzają Państwo nocami na dworce autobusowe? Ja, przyznam szczerze, raz jeden dawno temu miałem okazję być na lubelskim dworcu po zamknięciu kas, i nie powiem, doznałem wiele ludzkiej życzliwości – koczujący tam cudzoziemcy odsuwali się, widząc, że mam ochotę przestudiować rozkład jazdy. Wrocławski dworzec zaskoczył mnie jednak brakiem sensownej informacji, zatem zwróciłem się do jedynej kompetentnej osoby – pana zmywającego posadzkę.

– Pan pójdzie tam do tego gościa przy toalecie – powiedział.

I to było objawienie zupełnie niewrocławkie, bo pasowało raczej to tych jurodiwych z rosyjskich stacji kolejowych między Moskwą a Pietuszkami z Wieniedikta Jerofiejewa – „gość przy toalecie” wiedział bowiem wszystko o stanowiskach, odjeżdżających autobusach, a gdyby zdobyć jego zaufanie, pewnie miałby też wiele do powiedzenia o kamieniu filozoficznym i istocie bytu. Był to człowiek odczuwający samym sobą istotę tego dworca…

…niczym Bolo, który czuł istotę Torunia.

Bolo jest dla mnie bytem cokolwiek mitycznym. Poznałem go, a właściwie tylko o nim usłyszałem, kiedy znalazłem się na kolejnym odcinku mojej trasy – w Toruniu. Było po 7 rano i właśnie kładłem się spać po całej nocy w burczącym autobusie, gdy za oknem hotelu („Petit Fleur” – urocze miejsce w gotyckiej kamienicy, mimo że nazwa kojarzy się z hotelem na godziny) rozległ się ryk:

– Bolo! Bolo!

– Bolo ma dzisiaj na drugą lekcję – odarła zgnębiona matka na chwilę przed tym, gdy miałem otworzyć okno i wydrzeć się, że czemu krzyczy po nocy, ludzie śpią.

– Aaa, to przepraszam – powiedział kumpel Bola i poszedł.

Na pewno przypominacie sobie Państwo te filmowe sceny – nie z Torunia, gdzieś z Teksasu albo i Meksyku, gdy sterany przybysz znikąd kładzie się w spodniach i podkoszulku na pościeli, a nad jego głową kręci się smętnie mieszający upał wentylator. Tu nie było upału ani też wentylatora, ale ja wyglądałem tak samo, może tylko brak whisky psuł efekt. Jednak tak samo jak ów przybysz wedle wszelkich prawideł powinienem usnąć, a nie mogłem zupełnie rozregulowany.

Może dlatego Toruń zapamiętałem transowo jako piękne gotyckie miasto-widmo, w który zmieszał się Wschód i Zachód, a surrealistyczna bryła teatru „Baj Pomorski” wciąż przypominała, że to tylko sen. Albo film. Bo gdy późnym wieczorem przyszła pora na kolejny zwrot akcji, gdy stanąłem przy barze w knajpie zwanej „Niebem”, tajemnicza nieznajoma nagle odkleiła wzrok od żarzącego się papierosa i zapytała jak z Jerofiejewa:

– Pan nie popija wódki? Bardzo słusznie.

No pewnie, bo nawet gdy się nie śpi od przeszło doby, trzeba mieć jakieś zasady.

Zapytacie Państwo, dlaczego właściwie nie opisuję spotkań z czytelnikami i kolegami po piórze,

dlaczego snuję jakieś niestworzone historie.

Bo to zupełnie inna opowieść z innej rzeczywistości, zasługująca na poważne i merytoryczne potraktowanie, a ja na razie chciałem tylko zostawić swój przyczynek do badań psychologicznych nad nagłymi zmianami rytmu życia. Na pewno pocieszające są dwie rzeczy – swój rytm na krótką metę na pewno da się przełamać, a nawet odnaleźć w tym przewrotną satysfakcję. To nic, że mijając Gogolin, półprzytomnie rozglądałem się za Karolinką. I to nic, że któregoś dnia tuż po powrocie do Lublina zasnąłem o nieprzyzwoitej jak dla mnie godzinie 23 i gdy żona wróciła z wódeczki integracyjnej z koleżankami, zaczęła mnie przepytywać, czy nie jestem chory.

– Nie, nie, wszystko dobrze – mruczałem z zamkniętymi oczami – tylko o 6 rano mam pociąg do Torunia…

8 komentarzy »

  1. [...] Zrodlo informacjiOryginalny artykul na:http://wronski.wordpress.com/2008/12/14/kto-rano-wstaje-2/ [...]

    Pingback - autor: Egipt » Blog Archive » Kto rano wstaje… (2) — niedziela, 14.12.2008 @ 12:56 | Odpowiedz

  2. Bardzo ładna opowieść, jakbyś kiedyś wydawał dzieła zebrane, to możesz dołączyć :).
    Zawsze uważałem (przeciem geograf!), że podróże kształcą, czasem w zaskakujący sposób. W sobotę chyba wybiorę się do Poznania, co będzie okazją do zapoznania się w praktyce z nowym rozkładem PKP i nowymi zasadami “pośpiechów”.
    A co do dworców nocą – spałem kilka razy na dworcach. W takim Kraśniku (nie pytajcie, co powoduje, że człowiek z Lublina śpi na pekapie w Kraśniku :), podpowiem jednak, że chodziło o nocny rozkład) zostałem wzięty (nie wiedzieć czemu) za handlarza zza wschodniej granicy, a w Suczawie całe stanowisko przed dworcem zajęte było karimatami ludzi oczekujących na autobus o (chyba) 4.
    I zakończę cytatem z książeczki z dzieciństwa (“Podróże pana Smoka”): “rewizorowi czapkę schował, bagaże wszystkim poprzestawiał i zaczął naśladować pawia”
    :)

    Comment - autor: Kamil — środa, 17.12.2008 @ 22:08 | Odpowiedz

  3. Cieszę się, Kamilu, że najbardziej przygodowy z moich dotychczasowych wpisów niedziennikowych oceniasz na “Dzieła zebrane” ;) Obawiam się jednak, że jeśli w ogóle, to nie wcześniej niż umrę. Za życia dzieł zebranych raczej nie wydają, no chyba że ktoś jest tak poczytnym pisarzem jak… Stalin na przykład :) Z kolei Twoja opowieść o Kraśniku i Suczawie przypomniała mi o stacyjce gdzieś na Słowacji (nie pamiętam już nazwy), którą bardzo polecano kiedyś mnie i mojemu koledze (- Tylko musicie iść zaraz, bo tam wszystkie ławki pozajmowane. A jak ktoś głośno mówi, to zawiadowca zaraz: “Ciii, bo Polacy śpią”). Ostatecznie zdecydowaliśmy się na taras takiego kawiarnio-sklepu, bo do tamtej stacyjki był kawałek, a nam szkoda było wydawać pieniędzy na pociąg ;) A zaległości czytelnicze koniecznie muszę nadrobić, “Podróże pana Smoka” dopisuję do listy!

    Comment - autor: Marcin Wroński — środa, 17.12.2008 @ 22:38 | Odpowiedz

  4. Myślę, że wszelkiego rodzaju literatura podróżnicza ma czytelników. Zatem nawet podróż Lublin-Stasin (moja pierwsza kolejowa eskapada w życiu) można rozbić na dwa tomy…
    Co do “Pana Smoka”, gdybyś szukał: Andrzej Torbus, “Podróż pana Smoka”, KAW Kraków 1982, cena 42 zł :). Książeczka wiąże się z moimi dziecięcymi wczasami, kupiona w Zakopanem lub Krakowie. I żeby narobić Ci “smaka” (smoka?)…

    Pewnego razu Smok Wawelski
    na pomysł wpadł iście diabelski.
    Pomyślał sobie:
    “Cóż się stanie,
    gdy raz opuszczę swe mieszkanie?

    Comment - autor: Kamil — czwartek, 18.12.2008 @ 22:28 | Odpowiedz

  5. Początek bardzo mnie zainspirował :) Czy dalej leci może jakoś tak?

    Filozoficznie to oznacza:
    “Wyszedłeś z wody – już nie wracasz”.
    Opuszczam… Zatem
    cóż się stanie?
    Jak się przemieni me mieszkanie?

    Stanie się norą pełną czerwia?
    Urosną puszki po konserwach?
    Lub też anieli
    z puszką spraju
    umyją wszystko cal po calu?

    Ach, jamo moja, jamo piękna
    i poduszeczko moja miękka,
    czy ja rozstanie
    z wami zniosę?!
    Chlip, chlip – już szlochem się zanoszę.

    ;)

    Comment - autor: Marcin Wroński — piątek, 19.12.2008 @ 1:44 | Odpowiedz

  6. Wyjść pora jednak z mojej jamy,
    ciąć pępowinę, iść od mamy.
    W świat wielki zaraz już wyruszyć,
    bo świat ten ciągnie mnie za uszy.

    Ciągnie za ogon, nie da siedzieć;
    “Czy nie chcesz o mnie nic już wiedzieć?
    Czy nie chcesz poznać mego ducha?
    Smoczusiu?”
    szepcze świat do ucha.

    Coś jak “multipoezja” :))

    Comment - autor: Kamil — piątek, 19.12.2008 @ 7:30 | Odpowiedz

  7. O proszę, a więc nie do końca wstrzeliłem się w rytm ;) Pozdrawiam serdecznie przedświątecznie

    Comment - autor: Marcin Wroński — piątek, 19.12.2008 @ 13:38 | Odpowiedz

  8. W oryginale było jeszcze inaczej (“Przez tyle wieków tu siedziałem, niczego w życiu nie widziałem” i tak dalej), pozwoliłem sobie na doklejenie się do Twojej wersji z moją :).

    Comment - autor: Kamil — piątek, 19.12.2008 @ 17:48 | Odpowiedz


Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.