Dyktafon i historia mikro

Gdyby ktoś powiedział mi dziesięć lat temu, że będę pisarzem po części historycznym, bardzo bym się zdziwił. Owszem, chodziły mi po głowie unurzane w historii fabuły, jak chociażby postmodernistyczna saga rodzinna, ale uważałem, że mam zbyt mały, zbyt fragmentaryczny dostęp do historii losów ludzkich, do tej historii w skali mikro, przypominającej bardziej kartotekę niż raport końcowy. Jednak Komisarz Maciejewski dowiódł mi naukowo, że by wygrać, trzeba zacząć grać.

To był zupełnie zwyczajny wieczór autorski w 2009 roku, w lubelską Noc Kultury. Gdy już pod koniec podpisywałem książki, podeszła do mnie starsza pani. Nie byłem szczególnie zdziwiony, bo starsze panie, zwłaszcza w Lublinie, to istotna grupa czytelników Komisarza Maciejewskiego.

– Nie czytałam pańskiej książki – powiedziała jednak – ale słuchałam, co pan mówił, i jeśli pan się zgodzi, chciałabym opowiedzieć panu swoją historię…

Z panią Różą, bo tak ma na imię, spotkałem się bodajże tydzień później uzbrojony w dyktafon. Zaczęła mi opowiadać wszystko, co pamiętała ze swojego przedwojennego i okupacyjnego dzieciństwa. Nie były to sensacje, pani Róża nie nosiła konspiracyjnej bibuły ani nie likwidowała konfidentów. To było zwykłe cywilne życie, polegające raczej na niedojadaniu i strachu, niż współtworzeniu historii w skali makro. Jednakże poczułem, że oto wpada mi do ręki coś, co wcześniej wydawało mi się niedostępne.

Pani Róża zagra oczywiście niewielką rolę w trzecim, okupacyjnym retrokryminale o kom. Zygmuncie Maciejewskim – szukajcie Państwo małej dziewczynki prowadzonej przez matkę do szpitala, podczas gdy po drugiej stronie ulicy trwa likwidacja getta. Za to w mojej pracy coraz większą rolę zaczyna odgrywać dyktafon. Dyktafony bowiem nie tylko nie kłamią, ale w przeciwieństwie do notatek na papierze, lepiej rejestrują emocje niż wnioski, osobisty punkt widzenia niż ustaloną wykładnię, do łapania historii mikro są zatem wręcz stworzone.

Jednak niedawno razem z dyktafonem otarliśmy się o historię makro, o powstanie w Sobiborze, które – gdy oglądałem na początku lat 90. film Jacka Golda – wydawało mi się czymś tak odległym, że niemożliwym do osobistego dotknięcia.

Marcin Wroński: W rozmowie jeszcze przed tym wywiadem użył Pan dość karkołomnego sformułowania: „uratowałem się dzięki głupocie”. Chciałbym do tego wrócić, bo jak to możliwe?

Tomasz Blatt: Bardzo prosto. Ci, którzy myśleli logicznie, zginęli. Po wojnie spotykam sąsiada, Żyda z Izbicy, on patrzy na mnie zdziwiony i mówi: „Tojwi, i tyś się uratował?”. To mu się wydawało niemożliwe: nie wróciło tylu silnych, tylu sprytnych, a ja – chociaż zawsze byłem wątły, wrażliwy, delikatny – żyję. Bo na przeżycie nie było mądrych, trzeba było mieć po prostu szczęście. A ja oprócz szczęścia miałem silny instynkt samozachowawczy i słuchałem się tego instynktu, nie rozumu.

M.W.: A jaki był ten przedwojenny Tojwi? Podobny do tego sprytnego, wszędobylskiego chłopaka z Ucieczki z Sobiboru?

T.B.: Wojna spaczyła trochę mój charakter, ale wcześniej byłem bardzo wstydliwym i dobrze wychowanym chłopcem. Jak ktoś przy mnie powiedział „k… mać”, to było dla mnie tak okropne, że nie chciałem mieć nic wspólnego z takim człowiekiem. Jak kiedyś pod naszym domem pobili się sąsiedzi i zobaczyłem krew, to matka szybko przyniosła mi miednicę z zimną wodą, żebym moczył ręce i ochłonął. Inaczej chyba bym zemdlał, tak się bałem widoku krwi, wulgarności, przemocy.

M.W.: W takim razie wybitnie nie nadawał się Pan do obozowej konspiracji. A jednak został Pan członkiem ścisłej grupy spiskowców…

Na dalszą część rozmowy zapraszam do „Gazety Petesburskiej”.

Informacje o Marcin Wroński

Urodzony w 1972 r. w Lublinie, co okazało się brzemienne w skutkach. Absolwent polonistyki KUL, pisarz i redaktor. Debiutował w 1992 r. zbiorem opowiadań „Udo Pani Nocy”, wkrótce wydał też mikropowieść pijacko-przygodową „Obsesyjny motyw babiego lata” (1994). Tworzył piosenki i skecze dla kabaretu „Osoby o Nieustalonej Tożsamości”, był felietonistą i dziennikarzem radiowym, nauczycielem, pisał artykuły o reklamach dla branżowego miesięcznika „Aida-media” i przez długie lata redagował książki dla dzieci, a także pisał do nich teksty. Jest autorem m.in. cyklu lubelskich retrokryminałów o komisarzu Maciejewskim oraz współczesnego thrillera „Officium Secretum. Pies Pański”. Zobacz wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin Wroński

Odpowiedzi: 2 to “Dyktafon i historia mikro”

  • Kamil Nieścioruk

    I to jest prawdziwa historia. Ja dopiero po zakończeniu edukacji na poziomie szkolnym odkryłem, że przeszłość widziana przez pryzmat jednostek i indywidualnych przeżyć jest znacznie ciekawsza niż niektóre rozdziały podręczników.
    Co do dyktafonu… Napisałeś książkę o agentach, to teraz z dyktafonem biegasz. A ponoć autor nie utożsamia się z bohaterem :).
    Pozdrawiam czekając na promocyjną imprezę nowego tytułu.

    • Marcin Wroński

      Nie, to nie tak! Dyktafonu pragnąłem jak fetysza, odkąd w dzieciństwie obejrzałem “Życie na gorąco” :) Mój pierwszy dyktafon był oczywiście na małe kasety, co nie jest wygodne. Gdy sprawiłem sobie cyfrowy, jestem innym człowiekiem! Ale serio – to nieprawdopodobnie przydatne narzędzie. Niektórzy pisarze nagrywają pomysły, czego osobiście nie lubię robić, wolę zanotować na papierze. Natomiast wiele rozmów, np. z konsultantami, zdarzało mi się rejestrować głosowo, rzecz jasna po zapytaniu rozmówcy o zgodę.

      Impreza, jak sądzę, po wakacjach. Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.