Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu, tym razem w związku ze wznowieniem może nie ulubionej, ale fakt faktem – najważniejszej z moich powieści: Morderstwa pod cenzurą. To właśnie dzięki tej niej z pisarza popołudniowego i niedzielnego stałem się zawodowcem. Jak poprzednio przepytuje mnie Filip Modrzejewski (W.A.B.).
Młody byłem i głupi, i artystowsko nadęty…
Rozmowa z Marcinem Wrońskim, autorem kryminałów retro z komisarzem Maciejewskim
REDAKTOR Panie Marcinie, niebawem powróci Pański komisarz Maciejewski. Wznowimy jego dwa pierwsze tomy, Morderstwo pod cenzurą i Kino Venus, a na początku 2011 roku ukaże trzeci: zupełnie nowy, rozgrywający się w okupowanym przez hitlerowców Lublinie. Zróbmy małe podsumowanie na początek rozmowy: ile już lat pracuje Pan nad swoim cyklem i jak była jego geneza?
MARCIN WROŃSKI Geneza, Panie Redaktorze, to sprawa wręcz dla literackich geologów albo paleontologów, bo tyle razy o tym mówiłem, że już sam nie wiem, czy to nie legenda. Pomysł na lubelski kryminał retro wpadł mi do głowy około piętnastu lat temu, gdy jako student przeglądałem przedwojenne gazety. Tylko młody byłem i głupi, i artystowsko nadęty, więc za pomysłem nie poszła żadna praca. Do idei powróciłem w 2006 roku, już mając bolesną świadomość, że podobne rzeczy chodzą po głowach innym pisarzom i że niektórzy z powodzeniem te retropomysły realizują. Ale by niejako uczcić prapoczątki moich kryminalnych knowań, ochrzciłem swojego komisarza Zygą Maciejewskim, bo tak nazywała się jedna z postaci Obsesyjnego motywu babiego lata, mojej pierwszej powieści, właśnie z połowy lat 90.
REDAKTOR Co zmieniło się w Pańskim pisaniu przez ten czas? Szykujemy teraz do druku trzeci tom cyklu o Maciejewskim, Pan pracuje nad materiałami do czwartego tomu i pisze konspekt piątego…
MARCIN WROŃSKI Od połowy lat 90.? Praktycznie wszystko się zmieniło. Kiedyś z pewnym pisarzem z kręgu „Lampy i Iskry Bożej” odbyliśmy pokoleniową dyskusję pod hasłem: „Dlaczego zostaliśmy awangardzistami?”. Odpowiedź z obu stron była szczera i bardzo podobna: „Bo zdawaliśmy sobie sprawę, że nie umiemy pisać”. Teraz już umiem, to główna zdobycz. Ale że mój cykl o komisarzu Maciejewskim spodoba się tak wielu czytelnikom, a w Lublinie stanie się niemal kultowy… Tego nie zaplanowałem, to się samo stało. A potem, jak to w życiu, była praca nad kolejnymi pomysłami, nad rozwojem postaci powieściowych, a także nad podstawową, chociaż prozaiczną sprawą: jak to zrobić, żeby żyć z pisania. W końcu praktycznie od zawsze chciałem być pisarzem na pełny etat i teraz, dzięki Zygmuntowi Maciejewskiemu, mogłem zacząć realizować swoje dawne marzenia.
REDAKTOR To w planie osobistym się zdarzyło, wywalczył Pan sobie bezpieczną niszę. A jak zmieniło się Pańskie podejście do pisania? Czego Pan się nauczył, pracując nad swoim bohaterem, szperając w archiwach, szukając pomysłów?
MARCIN WROŃSKI Panie Redaktorze, przecież cały czas mówię o pisaniu! Chociaż rzeczywiście, chyba mniej konkretnie, niżby Pan sobie życzył. Tylko boję się Pana rozczarować, bo to nie jest tak, że od czasu Morderstwa pod cenzurą nauczyłem się czegoś całkiem nowego, ja tylko przeszedłem z amatorstwa na zawodowstwo. To oznacza przede wszystkim planowanie taktyczne i strategiczne. Taktyczne oznacza na przykład, że jeśli mam do napisania 10 000 znaków dziennie, to pod wieczór ma być 10 000 znaków i koniec, choćby się waliło i paliło – bo to praca, a nie zabawa.
REDAKTOR No to z Pana prawdziwy stachanowiec, 10 000 znaków, nawet liczonych ze spacjami, to bardzo dużo. Podejrzewam, że na taką wydajność można sobie tylko po gruntownych przygotowaniach pozwolić. A jak z kolei jest ze strategią?
MARCIN WROŃSKI Planowanie strategiczne wymaga ode mnie, by wiedzieć, co Zyga Maciejewski będzie robił po wojnie, jak ułożą się jego relacje z Różą, kiedy i jak umrze, mimo, że do pisania bieżących powieści to wcale nie jest mi niezbędne. Muszę jednak wiedzieć, chociażby w przybliżeniu, co będę pisał za rok, dwa… To bywa przyczyną zabawnych sytuacji, gdy znajomi i czytelnicy dziwią się mojemu dystansowi do ostatnio wydanej książki. A ja wcale nie jestem taka zimna ryba, tylko ostatnio wydana książka to dla mnie nie teraźniejszość, a odległa przeszłość, bo moje myśli krążą już wokół nie kolejnej nawet, ale drugiej lub trzeciej z kolei. I ważna rzecz z tymi archiwami, z poszukiwaniem fabuł w historii! Gdy po raz pierwszy przeglądałem przedwojenną prasę, robiłem to jako student polonistyki, kandydat na uczonego, a nie praktyka. Miałem szukać faktów, danych, więc jakiś czas trwało, zanim nauczyłem się znajdować między faktami i danymi ludzkie historie, nastrój epoki. Dziś, nawet wertując syntezy naukowe, więcej czytam między wierszami niż druku. Kiedyś nie bardzo bym wiedział, co począć z tabelą uposażeniową albo zestawieniem stanu uzbrojenia przedwojennej lubelskiej policji. A teraz między liczbami z miejsca widzę bardzo konkretne kłopoty moich bohaterów albo złośliwe komentarze Zygi Maciejewskiego.
REDAKTOR Jak Pan ocenia popularność kryminału retro w kraju? Jakie są jej przyczyny, a także skutki dla współczesnej literatury?
MARCIN WROŃSKI Nie jest to popularny pogląd, ale fenomen popularności kryminału retro, podgatunku bardzo historycznego i topograficznego, upatruję w zużyciu się, a zarazem wiszącej w powietrzu potrzebie kontynuacji tzw. literatury małych ojczyzn. To nie jest tylko tak, że niemała grupa pisarzy pozazdrościła Markowi Krajewskiemu; moim zdaniem zdecydowali odbiorcy i ich chęć czytania o małej i wielkiej historii w niezobowiązującej formie. Gdyby nie ona, kryminał retro byłby chimerą dla wąskiego grona fascynatów, a nie jednym z czołowych podgatunków kryminału w Polsce. Oczywiście, najlepsze danie kiedyś się przeje, dlatego często z żalem myślę, że za jakiś czas będę musiał pożegnać swojego ulubionego komisarza. Szczęśliwie nie zanosi się, by to nastąpiło jutro lub pojutrze. Wciąż dla wielu czytelników to przyjemna forma obcowania z historią, przynajmniej w moim odczuciu: stosunkowo niedawną, a więc wpływającą na naszą współczesność. A dla samej literatury to optymistyczna diagnoza: można pisać ciekawe powieści o, wydawałoby się, nudnych sprawach, które jeszcze nie tak dawno interesowały mało kogo poza wąskim gronem regionalistów.
REDAKTOR Chyba się pogubiłem. Jak to jest z tymi „regionalizmami” w końcu? Zużyły się w literaturze wysokiej, powracają nieoczekiwanie w kryminale, to rozumiem… A więc ciekawe są czy nudne? A może jest tak, że czytelnicy najzwyczajniej potrzebują w powieści dobrej fabuły i świata jak się patrzy?
MARCIN WROŃSKI Pewnie, że potrzebują! Literatura zaś, jak wszystko na świecie, potrzebuje środka ciężkości: tekstów niegłupich, a zarazem strawnych. Nieprzypadkowo takie właśnie książki są najczęściej wybierane przez czytelników i nieprzypadkowo oprócz dostarczania inteligentnej rozrywki są szczególnie predestynowane do pełnienia przeróżnych funkcji – tak, tak! – edukacyjnych. I tu dochodzimy do „regionalizmów”, które traktowane naukowo są dla większości odbiorców nudne, a w literaturze wysokiej często trącą poetycznością albo irytują nostalgią. Jednakże, gdy pojawiają się np. w tle fabuły kryminalnej, to zupełnie inna sprawa (rzekłbym: przemytnicza), bo autor kryminału retro zastawia na czytelnika haczyki w postaci fabuły, bohatera czy zagadki, a przy okazji przemyca historię, stawia znaki kulturowe, promuje region czy miasto. Między tymi trzema sposobami opisu wbrew pozorom nie ma znaczących różnic merytorycznych, ale różnice w metodzie są ogromne, stąd nudny regionalizm może naraz się stać pasjonującym regionalizmem. Mam na to twarde dowody w postaci moich lubelskich czytelników, zwłaszcza młodych, którzy dzięki Komisarzowi Maciejewskiemu zaczęli inaczej patrzeć na swoje miasto.
REDAKTOR Morderstwo pod cenzurą otworzyło lubelski cykl kryminalny, akcja powieści toczy się w latach trzydziestych XX wieku. Jak lublinianie pamiętający tamte czasy zareagowali na Pański cykl?
MARCIN WROŃSKI Zadziwili mnie. Pisząc pierwszą powieść o komisarzu Maciejewskim, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że stanę się ulubieńcem kilku przemiłych starszych pań, które odnoszą moje kryminalne historie do czasów swojej młodości. Jedna z nich zaskoczyła mnie na którymś spotkaniu autorskim dyskusją o autorytecie i przyjaźni, bo tak właśnie odczytała relacje między Maciejewskim, jego zastępcą Kraftem i tajniakami Zielnym oraz Fałniewiczem. Inna zaprosiła mnie na długą rozmowę o swoich wspomnieniach z dzieciństwa na Starym Mieście, które częściowo wykorzystałem w trzeciej, okupacyjnej powieści cyklu, A na imię jej będzie Aniela.
REDAKTOR Czy miał Pan też jakieś ciekawe sygnały od profesjonalistów, znawców historii Lublina? Oczywiście nie mam na myśli tych, którym Pan już dziękował w posłowiach do swoich książek.
MARCIN WROŃSKI To kolejna odsłona bardzo specyficznego, lubelskiego odczytywania mojego cyklu. W październiku, na spotkaniu autorskim promującym Officium Secretum, podeszła po autograf pani przewodniczka i opowiedziała mi o swoim koledze, również przewodniku, który na życzenie grupy turystów zorganizował wycieczkę po Lublinie śladami komisarza Maciejewskiego. Gdy słyszę takie rzeczy, puchnę z dumy, a jednocześnie się wściekam, że nie miałem o tym pojęcia, bo z czystej ciekawości chętnie incognito wziąłbym udział w takim spacerze. A drugą wielką radością jest to, że lubelscy historycy z miejsca towarzysko przyjęli mnie do swojego grona i z chęcią służą mi radą. Jednak oprócz profesjonalnych historyków są też w Lublinie profesjonalni policjanci. Proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy po pewnym spotkaniu z czytelnikami zaczepił mnie w kuluarach prawdziwy tajniak i powiedział, że oddałem realia policyjne, zupełnie jakbym znał jego komisariat. Czy naszą rozmowę spożytkował operacyjnie, niestety nie mam pojęcia.
REDAKTOR Ach, Pan to chyba już pomieszał fikcję z rzeczywistością. Profesjonalnie, by tak rzec. Proszę teraz opowiedzieć, jak czerpać ze świata, w jaki sposób pracować z historycznym detalem, by być wiarygodnym? Słowem: by w części ująć całość i zrobić z tego fabułę.
MARCIN WROŃSKI Tak to już jest, że historia potrafi zainteresować i wciągnąć niehistoryka tylko w dwóch przypadkach: gdy jest uderzająco podobna do współczesności, albo gdy tak różna, że egzotyczna. Nie teoretyzuję, wiem to, bo będąc człowiekiem młodym i – jak już ustaliliśmy – głupim, poznawanie przeszłości traktowałem jak zło konieczne. Podobne doświadczenia wyniosłem również z czasów, kiedy jako autor, adaptator i redaktor zajmowałem się książkami popularnonaukowymi dla dzieci i młodzieży. Kiedy pierwszy raz pomyślałem o napisaniu czegoś historycznego, poczułem się przytłoczony tonami informacji i wielością kontekstów. A teraz wybieram według klucza: podobieństwo lub egzotyka. To dlatego czytelnik-policjant może powiedzieć: „O cholera, tam było jak na naszym komisariacie!”, a młoda czytelniczka-romantyczka: „Ojej, ale miło! Chłopak zabierał dziewczynę na dancing do »Europejskiego«, a nie klubu, gdzie leci łubudubu!”. Proszę też zauważyć, że kryminały o komisarzu Maciejewskim tylko pozornie są historyczne. To przecież kryptopublicystyka! W Morderstwie pod cenzurą z 2007 roku mamy apodyktyczny, urzędowo narzucony patriotyzm, zupełnie jak w… roku 2007. Albo za moich szkolnych czasów, chociaż to historia trochę inna, bo socpatriotyczna. Kino Venus z kolei, u progu obecnego kryzysu, mówiło o kryzysie lat 30. i wciąż aktualnym problemie handlu kobietami. Pewnie, to nie jest nachalne, to drugie albo i trzecie tło powieściowego świata, jednak wystarczy, by czytelnik poczuł się zarazem gdzie indziej i u siebie.
REDAKTOR Kogo by Pan wspomniał wśród mistrzów takiego pisania? Jakie są Pańskie ulubione tytuły, fragmenty prozy?
MARCIN WROŃSKI Z wahaniem, bo nie jest dobrze, gdy pisarz mówi o samym sobie jak krytyk literacki, ale zaryzykowałbym hipotezę, że akurat wątki kryptopublicystyczne i to napięcie między egzotyką a podobieństwem, często zresztą prowokujące jak najbardziej zamierzony komizm, jest moim własnym wkładem w polski kryminał retro. Ale oczywiście to nie ja wymyśliłem proch ani maszynę parową! Dlatego nigdy się nie oburzam, kiedy bywam porównywany do Marka Krajewskiego, nawet jeśli krytyk czyni to zupełnie nieadekwatnie. Jakkolwiek Marek Krajewski jest mniej skłonny wyciągać z historii zaczyny swoich fabuł, raczej nakłada na przeszłość własne pomysły, to jego umiłowanie detalu daje i powinno dawać do myślenia każdemu, kto myśli o pisaniu jakiegokolwiek retro. W Głowie Minotaura jest na przykład piękna scena, gdy Mock, jadąc pociągiem przez Polskę, dziwi się, jak odmiennie wyglądają tu Żydzi, że są zupełnie niezeuropeizowani. Drobiazg, jedno zdanie, bez którego fabuła z powodzeniem by się obyła, a jednak jakże interesująca obserwacja, z mnóstwem pouczających historycznych implikacji. Wielką wdzięczność winien jestem Güntherowi Grassowi za trylogię gdańską, bo to właśnie od tych książek zaczęło się moje myślenie o pisarskim sięganiu do historii, chociaż wówczas nie miałem jeszcze na myśli kryminałów retro. Z kolei nie znam lepszego mistrza mitologizacji ludzkich losów niż Gabriel García Márquez, ze szczególnym uwzględnieniem Stu lat samotności. Wprawdzie z historią, o jakiej rozmawiamy, ta powieść nie ma zbyt wiele wspólnego, jednak o budowaniu postaci literackich można się z niej wiele nauczyć. I w tym miejscu mógłbym dodać tylko „i tak dalej”, bo wbrew pozorom zadał Pan trudne pytanie. Mimo redaktorskiej przeszłości, gdy czytam niezawodowo, jestem, proszę mi wierzyć, otwartym i ufnym odbiorcą. Zapewne skorzystałem pasożytniczo z ciężkiej pracy wielu innych autorów, ale po tylu latach czytania, Wysoki Sądzie, Panie Redaktorze kochany, jakże mam pamiętać, co, komu i kiedy ukradłem?!
REDAKTOR Czy śledzi Pan może, bada, sprawdza, co w gatunku retro dzieje się w innych krajach, na świecie, na przykład w Niemczech, gdzie niezwykle popularne są kryminały historyczne? Znakiem tego choćby seria bardzo ciekawych kryminałów „hanzeatyckich”.
MARCIN WROŃSKI Niestety, moja erudycja w tym zakresie nie dorównuje Pańskiej. Retro na zachód od Odry znam bardzo fragmentarycznie, nieco lepiej pisarzy rosyjskojęzycznych. Oczywiście, staram się orientować, co robią inni autorzy, ale odkąd zdecydowałem, że literaturoznawcą ani krytykiem literackim już nie będę, pogodziłem się również z tym, że nie sposób jednocześnie pisać i czytać. Dlatego trzymam na biurku lub w jego pobliżu raczej artykuły historyczne, monografie dotyczące historii policji czy kryminologii. Byłbym ostatnim bufonem, gdybym twierdził, że wiem o kryminale jako gatunku wszystko, co potrzeba, ale znacznie bardziej potrzebuję więcej wiedzy historycznej, źródłowej, niż czysto literackiej.
REDAKTOR Co by Pan powiedział o popularności true crime stories, od kilku lat pojawiających się masowo na rynku? Podejrzenia pana Whichera Kate Summerscale zrobiły furorę na całym świecie i ukazały się w wielu krajach.
MARCIN WROŃSKI To ogromnie interesujący i pociągający gatunek, zwłaszcza gdy tak jak Podejrzenia pana Whichera odsłania nie tylko fakty, ale i wiele kontekstów społecznych, które zbudowały literaturę kryminalną. Uderzyło mnie to tym bardziej, że książkę Kate Summerscale czytałem niemal równolegle z Etnologiem w Mieście Grzechu Mariusza Czubaja, który mimo odmiennych założeń i celu (to przecież praca antropologa kultury, nie historyka zbrodni) stawia nader podobną tezę: że zmiany społeczne nie tylko generują zmiany w samym przestępstwie, ale i w kryminałach. To pogląd bardzo mi bliski, chociaż bywa pułapką. Naczytawszy się sterylnych powieści Agathy Christie i nasłuchawszy babcinych opowieści, współczesny czytelnik nieraz idealizuje w myślach dawne czasy, na przykład przedwojenne, kiedy to ponoć ludzie żyli bezpiecznie, spokojnie i nie zamykali na noc drzwi. Tymczasem jest faktem, że w II RP średnio raz na półtora tygodnia ginął na służbie policjant – to kilkakrotnie częściej niż w ostatnim dwudziestoleciu.
REDAKTOR Kiedyś wspomniał Pan, że ma wielką ochotę napisać pitawale lubelskie…
MARCIN WROŃSKI I ta ochota wcale mi nie przeszła, tylko realizacja czeka na lepsze czasy. Nie takie, gdy nie będę zamykał drzwi, oczywiście, ale takie, gdy będę miał więcej wolnych mocy przerobowych. Ale o tych planach rozmawiałem już z historykami i potencjalnymi współautorami. Mam tu na myśli przede wszystkim Mateusza Rodaka, który od lat prowadzi badania nad przestępczością w warunkach polskich pionierskie, bo nie z punktu widzenia wymiaru sprawiedliwości, lecz samych przestępców. To trudne, bandyci tym różnią się od policjantów, że na ogół nie prowadzą archiwów. Wiele ciekawych materiałów kryminalnych carskiej guberni lubelskiej wyszperał z kolei Robert Kuwałek. Również Robert Litwiński, chociaż jest historykiem policji, nie przestępczości, miałby sporo do powiedzenia, zwłaszcza że na przykład korupcja wśród funkcjonariuszy wcale nie jest wynalazkiem naszych czasów. Może Pan zapytać: a czy nie miałbym ochoty być jak Kate Summerscale i zrobić wszystko samemu? Pewnie, że tak! Tylko zajęłoby mi to znacznie więcej czasu niż mam, a poza tym – jak powiedziałem w jednym z wywiadów – jeśli chodzi o sprawy merytoryczne, wyrobiłem w sobie spryt pasożyta i chyba to właśnie wychodzi mi najlepiej. Nie jestem badaczem, umiem za to przetworzyć suchą wiedzę w tekst atrakcyjny dla szerszego odbiorcy.
REDAKTOR Zabrzmiało to bardzo poważnie, dobra puenta. Na tym skończymy? Dziękuję za rozmowę! I do następnego razu, spotkamy się już niedługo przy okazji premiery Kina Venus.
MARCIN WROŃSKI Tak jest! Dziękuję i do zobaczenia pod kinem „Venus”.
