Z Pilipiukiem o historii

Zepchnąłem bohaterów głęboko na dno drabiny społecznej [...]. Nie zobaczyli na oczy króla, nie pili piwa z burmistrzami. [...] Podobną do mojej drogą powędrował też Marcin Wroński. W swoim cyklu o komisarzu Maciejewskim osadził bohatera po prostu tam, gdzie trzeba. Na przestrzeni trzech tomów policjant zaledwie raz i to w szczególnych okolicznościach zamienia kilka zdań z wojewodą.

– napisał Andrzej Pilipiuk w posłowiu do Sfery Armilarnej, nie tylko sprawiając mi tym przyjemność, ale skłaniając do przemyśleń czysto warsztatowych. Bo oto, mimo że uprawiamy różne pola beletrystyczne, to gdy powieść – nieważne, czy kryminalna, czy fantastyczna – staje się w znacznej mierze historyczną, pisarz staje przed podobnymi szansami i pułapkami.

Historia jest przynajmniej dla mnie wyjątkowo atrakcyjnym obszarem do literackiego zagospodarowania. Z jednej strony: już opisana, już jakoś ustalona nie wymaga orki na ugorze; by ją wykorzystać, wystarczy przeczytać odpowiednio dużo cudzych książek. Z drugiej jednak: wciąż nieustannie obrabiana przez historyków, niejednokrotnie wywracana do góry nogami wbrew tej historii szkolno-kanonicznej czy polityczno-patriotycznej, jest żywą materią z wieloma tajemnicami i meandrami. Gdy dodać do tego, że historia interesuje znaczną część czytelników, a także że wręcz publicystycznie (!) odnosi się do dnia dzisiejszego, pisarz staje przed szansą pisania jednocześnie o przeszłości i teraźniejszości w ramach jednej powieści – co sam czyniłem w Komisarzu Maciejewskim po części w pełni świadomie, a po części intuicyjnie i dopiero reakcje czytelników uświadamiały mi, jak niewiele się zmieniło poza dekoracjami, oczywiście.

Tylko co jest wyróżnikiem pisarstwa historycznego?

Kostium – to najprostsze.

Wystarczy zamiast pistoletu dać naszemu bohaterowi miecz, zamiast do knajpy wysłać go do karczmy i już stawiamy podstawowe markery historyczne. Prymitywne to? Dlaczego?! W starych, dobrych czasach bez skrępowania stosował tę metodę Szekspir, w późniejszych jego bezwzględny parodysta Alfred Jarry, chociaż fakt faktem, dzisiejsi autorzy asekuracyjnie dodają zwykle wentyl bezpieczeństwa w postaci smoków, magii, starożytnych artefaktów i już nikt im nie zarzuci, że piszą byle jak o historii. Piszą byle jak, bo przecież piszą fantasy!

Postać historyczna/wydarzenie historyczne bardziej komplikują życie pisarza.

Nie chodzi tylko o to, że wymagają większego przygotowania poprzedzającego pracę nad tekstem. Znacznie ważniejsze jest uzyskanie świadomości, co w danej postaci lub wydarzeniu jest niewiadomą, jest zagadką – a więc elementem literacko intrygującym i proszącym się o fabularną interpretację! – a co wyłącznie powieściowym zreferowaniem cudzej wiedzy, przy którym jedynie wyjątkowo nieuświadomiony czytelnik może odczuwać radość z lektury.

Genialne w swojej prostocie wyjaśnienie tajemnicy politycznych wyborów Bogusława Radziwiłła, jednego z kreatorów XVII-wiecznej historii Polski i Litwy, zaproponował Sienkiewicz w Potopie: książę Bogusław opieszale wybierał się na odsiecz oblężonemu w Tykocinie hetmanowi Januszowi Radziwiłłowi, bo był zajęty Oleńką Billewiczówną. Z kolei Zofia Kossak-Szczucka w Królu trędowatym podeszła do sprawy inaczej: mniej przez odkrywanie niewiadomych, a bardziej przez pogłębienie psychologiczne postaci króla Jerozolimy Baldwina IV. Młody pomazaniec – choć uwznioślony wiarą, jednak osłabiony przez leprę – musi czynić tytaniczne wysiłki, by rozegrać tak zwykłe rzeczy, jak banalna bitwa, więc na nieodłączne władzy intrygi sił mu zwyczajnie nie starcza.

Co jednak, gdy naszym bohaterem ma być zwykły człowiek, w dodatku postać fikcyjna? Zgoda, do pomyślenia jest jego udział w bitwie czy jakiejś manifestacji politycznej, ale czy dopuścić go do uściśnięcia dłoni postaci znanej z podręczników? Wracając do posłowia A. Pilipiuka:

Ze znaczących postaci historycznych pojawia się Heinrich Sudermann, syndyk Hanzy – w tamtych czasach człowiek równy ambasadorom [...]. Jeden bohater spotyka go na pokładzie statku, drugi mija się z nim na ratuszowych schodach. Tak jak ja z odległości pięćdziesięciu metrów widziałem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak pije kawę w restauracyjnym ogródku na Rynku w Krakowie.

I tu autor Oka Jelenia dotyka istoty sprawy: realizmu.

Czy jeżeli on, Pilipiuk, prezydenta widuje jedynie z daleka, to czy jakiś awanturnik z tzw. dawnych czasów miałby sposobność zbliżyć się do władcy, dostąpić posłuchania czy – rzecz do pomyślenia tylko przy epickiej wizji i twórczej dezynwolturze starszego Aleksandra Dumas! – wpłynąć osobiście na losy królestwa? Brzmi to jak z bajki lub kabaretu, zwłaszcza że postaci historyczne należą do ulubionego arsenału motywów klasycznej już grupy Monty Python. Podobnie niewiarygodny historycznie jest np. komisarz policji rozmawiający z Boyem-Żeleńskim, chyba że potraktować to jedynie jako akcent farsowy. Bo niestety, by umieć oddzielić to, co jest w fabule historią, a co jedynie zgrywą z historii, potrzeba wiedzy o epoce wykraczającej poza ścisłą dokumentację powieści; potrzeba wiedzy, która przekłada się na wrażliwość historyczną. Autor tej wrażliwości pozbawiony zapyta tylko, jakiego rodzaju miecz jego bohater będzie nosił u pasa. Autor, który wykracza poza kostium, zaciekawi się, gdzie ten miecz bohater winien odłożyć, idąc spać, albo czym go czyścić.

A niestety i tak wszyscy popełniamy błędy. Skrupulatny przecież Henryk Sienkiewicz odmalował w Quo vadis starożytny Rzym w wersji karykaturalnej i jeszcze bardziej, niż sobie życzył, napisał powieść propagandową niż historyczną, bo stan badań w XIX w. był, jaki był. Nie inaczej postęp w badaniach obszedł się z jeszcze większym kamieniem milowym polskiej powieści historycznej, Faraonem Bolesława Prusa. Jakkolwiek ukazane w powieści mechanizmy władzy nic nie straciły z literackiego uroku, to już podniesienie do heroicznej rangi jednego z bardziej nieudacznych władców Egiptu, wplecenie go w niemalże socjalistyczne rojenia, trąci myszką.

Pisarzowi pozostaje tylko liczyć na to, że im bardziej uruchomi wrażliwość, tym mniej komiczny wyda się swoim czytelnikom – tym obecnym, którzy czytają go dla przyjemności, i tym przyszłym, którzy być może będą go czytać, bo zły los skazał ich na studiowanie historii literatury.

Informacje o Marcin Wroński

Urodzony w 1972 r. w Lublinie, co okazało się brzemienne w skutkach. Absolwent polonistyki KUL, pisarz i redaktor. Debiutował w 1992 r. zbiorem opowiadań „Udo Pani Nocy”, wkrótce wydał też mikropowieść pijacko-przygodową „Obsesyjny motyw babiego lata” (1994). Tworzył piosenki i skecze dla kabaretu „Osoby o Nieustalonej Tożsamości”, był felietonistą i dziennikarzem radiowym, nauczycielem, pisał artykuły o reklamach dla branżowego miesięcznika „Aida-media” i przez długie lata redagował książki dla dzieci, a także pisał do nich teksty. Jest autorem m.in. cyklu lubelskich retrokryminałów o komisarzu Maciejewskim oraz współczesnego thrillera „Officium Secretum. Pies Pański”. Zobacz wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin Wroński

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.