Niedawno miałem przyjemność udzielać wywiadu p. red. Teresie Droździe z warszawskiego Radia dla Ciebie – nie tylko zarobiony, tzn. zapisany, ale w dodatku przeziębiony w środku lata. Moja rozmówczyni wykazała się taktem i nie zwróciła mi uwagi na kiepską formę, ja natomiast, jak zwykle w takim stanie, miałem poczucie, że mówię niekontrolowane głupoty. Pewna życzliwa osoba pocieszała mnie później, że nie było tak źle, ale ja wiem lepiej: głupoty to głupoty. Złośliwi, jeśli zechcą się ponapawać mą degrengoladą, bardzo proszę, wywiad jest TUTAJ. Jednakże choroba (podobnie jak odurzenie) ma swoje plusy: wśród słowotoku i komunałów zdarzają się freudowsko-jungowskie przebłyski i nie wiedzieć czemu człowiek nagle rzuca coś zastanawiającego, czego wcześniej sam przed sobą nie wyartykułował.
Kryminał miejski,
właściwie przyczynki do teorii retrokryminału miejskiego, to był jeden z ciekawszych wątków rozmowy. Pani redaktor wyraźnie nie miała ochoty prześliznąć się przez ten niezbywalny punkt, przeciwnie – chciała podrążyć. Czym jest kryminał retro? Czy pełni jakieś funkcje społeczne? To rzecz, która również mnie nie daje spokoju, odkąd po Morderstwie pod cenzurą okazało się, że moje książki o komisarzu Maciejewskim czytają nie tylko miłośnicy kryminałów jako takich, ale także lublinianie oczekujący ode mnie z jednej strony kursów z historii miasta, z drugiej – tegoż miasta mitologii. Mitologizowanie zdaje się tu nawet ważniejsze niż historyzowanie, bo żywi ludzie pragną też żywej historii, a więc bardziej symboli niż obiektów i bardziej ikon niż pomników.
Jednocześnie każda z powieści o komisarzu Maciejewskim jest, a przynajmniej ma być, gatunkowym kryminałem (cokolwiek to w dzisiejszych czasach znaczy!), a zatem
miasto powinno być o pół kroku za bohaterem.
To właśnie było to zdanie wywiadu, które mnie zaskoczyło, chociaż sam je wypowiedziałem. Nie sądzę, bym odkrył Amerykę, niemniej zdarzają się powieści, wydawane nawet prześlicznie i kolekcjonersko, w których akcja kryminalna jest nie o pół kroku, ale o całą przecznicę za autorskim przewodnikiem po mieście. Nie przeczę, osobiście je lubię, równocześnie obserwuję ich nierówne i z góry przegrane potyczki z rynkiem. Sam, robiąc korekty przed wznowieniami pierwszych powieści o Maciejewskim, zgrzytałem zębami przy fragmentach, które powstały nie dlatego, że wymagał ich rozwój postaci ani fabuły, ale miałem ułańską fantazję opisać jakiś kawałek miasta, którego do tej pory nie opisałem. Szczęśliwie z powieści na powieść jest ich coraz mniej, ale dziś wiem, że wiele rzeczy opisałbym inaczej – oszczędniej.
Historycznie, powieść kryminalna zaczyna się od fascynacji tajemnicą, zagadką. Stopniowo przesuwa akcent na bohatera, który tę zagadkę rozwiązuje. Później pokazuje tegoż bohatera w kontekście społecznym, bo sama zagadka… No cóż, czy skoro czytamy kryminały od około 150 lat, cokolwiek jeszcze może nas zaskoczyć? Może więc także najwyższy czas, aby przestał nas obchodzić bohater? I tak pojawiło się miasto.
To samo miasto, które rodzi zbrodnię i detektywa. To samo, które czytelnik chce kochać i którego chce się bać. To miasto, które istnieje jednocześnie na kartach książki i w realnej przestrzeni, w której przewodnicy – jak w Londynie, Sztokholmie, Wrocławiu, Lublinie – oprowadzają turystów śladami literackich bohaterów. Ale właśnie: dlaczego turyści chcą kroczyć śladami bohaterów? Być może dlatego, że historia czy ciąg zabytków potrzebuje swoistego ludzkiego spinacza, który sprawi, że ciąg dat i faktów przestanie być wyabstrahowany.
Bo miasto jest cieniem bohatera!
Trudno sobie wyobrazić współczesną powieść kryminalną zawróconą do umownego miejsca akcji, do „w Polsce, czyli nigdzie” – jak w Królu Ubu Alfreda Jarry’ego. Czytelnik pragnie konkretu, a pisarz mu ten konkret daje. Jednocześnie ten sam czytelnik wciąż kocha poczciwą story, w której to nie miasto, ale bohater ma problem do rozwiązania i to nie miasto ma przywrócić porządek w duszy bohatera, lecz bohater w tkance miasta. I jakkolwiek brzmi to na pozór obrzydliwie koniunkturalnie, ma swoją humanistyczną głębię: koniec końców to człowiek stwarza intrygi i historię, a zatem my, literaccy podglądacze, chcemy zobaczyć tego człowieka. Że zaś ów nie wziął się znikąd, że coś go ukształtowało i wciąż kształtuje, niech miasto kroczy za detektywem, niech mu się odbija pijacką czkawką albo w nim jak w krzywym zwierciadle, a on niech odbija się w mieście, szukając samopotwierdzenia.
Literatura futurystyczna, z cyberpunkową na czele, lubuje się w wizji miasta-potwora, Molocha pożerającego i degradującego własnych mieszkańców. Literatura kryminalna, jakkolwiek też stawia nieprzyjemne diagnozy naszemu gatunkowi, zdaje się bardziej optymistyczna, skoro to wciąż ludzie są głównymi obiektami jej zainteresowania. Pisząc kolejną książkę o komisarzu Maciejewskim, wciąż mam nadzieję, że to realizm, nie optymizm.
Równocześnie na zdjęciach ze swoich wycieczek zauważam z pewnym zdumieniem, że coraz mniej jest na nich ludzi, a coraz więcej budynków albo nawet robali. Staram się jednak nie wyciągać z tego pochopnych wniosków, czego pod koniec wakacyjnego sezonu fotograficznego również Państwu życzę.
